Rzeczywiście czas pracy część

Obawy o Strajk (+ analiza)

2019.04.12 07:57 Yaveton Obawy o Strajk (+ analiza)

Heluł, jak to mam w zwyczaju jak kładłem się spać wczoraj to zacząłem nadmiernie myśleć o wszystkim. Dosłownie. Wszystkim. I pomyślałem o strajku.
17yo, więc wydawało mi się przez pierwsze 3 dni, że fajnie, spoko, że wolne na jakiś czas, pogram sobie długo, ale od tak zacząłem rozumieć, że chuja a nie się uda.
Rząd jeśli dałby pieniądze, to inne rządowe grupy zawodowe zaczęłyby strajkować o hajs. I tu nie chodzi o to, że nie mają pieniędzy, chodzi im o samo pokazanie, że nie dadzą się byle komu zagiąć.
Jestem na utrzymaniu mamy, która jest nauczycielką. Jedyne źródło dochodu oprócz moich żałosnych 200-300zł z pracy w weekendy. Chciałbym pójść do roboty teraz, gdy mam wolne, ale brat mnie uziemia do 14, a po 13 więcej ludzi już w robocie nie potrzebują. Z tego co mi mówiła, nie dostają pieniędzy za ten strajk. I teraz zaczyna się lęk o to, że rzeczywiście strajk potrwa #Dobre2Lata i będziemy w dupie jeśli ZNP odpuści.
Oczywiście, jestem za nauczycielami, zresztą, wydaje mi się że wartościowa część polskiego internetu także jest. Jednak tutaj chciałem wrzucić trochę swoich obaw cd.

A teraz, skąd wiem, że pieniędzy na podwyżki dla tylko nauczycieli im nie brakuje?
Znalazłem to cudo. Z "Wybrane miesięczne wskaźniki makroekonomiczne" wynika, że było więcej nadwyżek w budżecie niż braków (wiersz 40-42). Teoretyczna podwyżka wszystkim nauczycielom o 500zł (będąc naiwnym o to, że coś takiego nauczyciele zaakceptują) wyniesie około 246.000.000zł. Prognoza ile zostanie pieniędzy państwu co miesiąc metodą naiwną na resztę 2019 - 6.587.400.000zł. O bardziej akceptowalne 1000zł - 492.000.000zł. Państwo MA pieniądze na nauczycieli, ale powtórzę się, nie chce pokazać słabości.

@edit: link poprawiłem bo zjebałem
@edit2: Dobra, nie ma pieniędzy, dystrybuuje nasze złocisze
@edit3: udajmy do końca świata, że nie wyskoczyłem z obliczeniami bez ich potwierdzania, a są jedynie szacunkami, oke?
submitted by Yaveton to Polska [link] [comments]


2018.11.11 18:20 Bifobe Co znajdziemy w najnowszych podręcznikach do historii [artykuł z tygodnika "Polityka"]

Adam Leszczyński
Papież i husaria wyklęta biją bolszewika
Nowe podręczniki do historii dla szkoły podstawowej mówią niemal wyłącznie o Bogu, wojnach i powstaniach. Wzmożeniu katolicko-narodowemu towarzyszy manipulacja faktami.
Reforma programów szkolnych w duchu PiS weszła w życie. Z historią jest niedobrze – rodzicom dbającym o rzetelną edukację historyczną dzieci polecałbym zorganizowanie domowych kompletów.
Przeczytałem trzy podręczniki do czwartej klasy szkoły podstawowej: Tomasza Małkowskiego (Gdańskie Wydawnictwo Oświatowe); Wojciecha Kalwata i Małgorzaty Lis (WSiP); Bogumiły Olszewskiej, Wiesławy Surdyk-Fertsch oraz Grzegorza Wojciechowskiego (Nowa Era). Historia zaczyna się w czwartej klasie jako osobny przedmiot. Wybrałem tę klasę, ponieważ w propagandzie adresowanej do najmłodszych dzieci najłatwiej pokazać przesłanie polityczne władzy.
Po pierwsze: program jest przeładowany. Czwartoklasista (dziecko 10-letnie) przechodzi cały kurs historii Polski. Zaczyna się od bardzo abstrakcyjnych tematów: „co to jest historia” oraz „jak poznać przeszłość”. Trudne, zwłaszcza że sami historycy spierają się o to, czym jest historia i czy przeszłość w ogóle da się poznać, a jeśli tak, to w jaki sposób.
Potem przez chrzest Polski, Chrobrego, unię polsko-litewską, bitwę pod Wiedniem, kolejne powstania – dochodzimy do Solidarności oraz papieża Polaka. Oto droga, którą przemierza historia naszego kraju: od chrztu do papieża, poprzez bitwy i masakry. Solidarności – dziesięciomilionowemu ruchowi, który zmienił historię naszego kraju – poświęcono tyle samo miejsca co papieżowi.
Po drugie: program w 80 proc. dotyczy wojen, powstań i władców. Uczeń dowie się też co nieco o kulturze (Akademia Krakowska), nauce (Maria Curie-Skłodowska). O gospodarce mowy praktycznie nie ma – „osiągnięcia” Polski międzywojennej to jedyny moment, w którym staje się ona samodzielnym tematem. Mamy za to dużo o religii: jest ona wielokrotnie ważniejsza niż gospodarka, jeśli można oceniać to ilością miejsca w podręczniku.
Czym więc zajmowali się przodkowie? Zapytany o to czwartoklasista odpowie zapewne, że wojną i modlitwą. W przerwach między jednym i drugim mieszkali w pałacach i dworach. O tym, że 90 proc. populacji Polski przez 90 proc. jej dziejów było chłopami utrzymującymi się z pracy na roli, czwartoklasista raczej się nie dowie, a jeśli się dowie, to nie zapamięta, bowiem rozlicza się go z wiedzy o wojnach i powstaniach oraz o bohaterach – należących wyłącznie do społecznej elity.
Kult niezłomnych
Nie dowie się także – bo są o tym zaledwie wzmianki – że Polska aż do 1939 r. była zawsze państwem wielonarodowym. Osobnym tematem są Krzyżacy, ale nie jest nim Holokaust – chociaż to jedno z nielicznych wydarzeń ważnych dla historii całej ludzkości (a być może naprawdę jedyne), które miało miejsce na naszych ziemiach.
Podręczniki budują kult „wyklętych”, przy okazji zniekształcając przeszłość. Zacytujmy: „Większość Polaków nie chciała, by Polską rządzili komuniści. Niektóre oddziały dawnej AK walczyły z nową władzą. Ludzi tych nazywamy żołnierzami niezłomnymi albo wyklętymi” (Małkowski, s. 146). Nieprawda: nie tylko oddziały dawnej AK – rozwiązanej, przypomnijmy, przez dowództwo 19 stycznia 1945 r. – walczyły z władzą. Walczyły oddziały wielu ugrupowań politycznych, w tym zwłaszcza skrajnej prawicy. To jednak drobiazg. Nazwa „niezłomni” i „wyklęci” to nazwa wartościująca, ze słownika polityki historycznej PiS. Historycy z prawdziwego zdarzenia używają terminu opisowego: prof. Rafał Wnuk mówi o „podziemiu niepodległościowym”.
Prawdziwa manipulacja polega tu jednak na sprowadzeniu oporu przeciwko komunizmowi do walki zbrojnej. W jednym z podręczników wśród trzech najważniejszych świąt narodowych obok Święta Niepodległości i Konstytucji 3 maja jest Dzień Żołnierzy Wyklętych. Tymczasem głównym i najgroźniejszym dla komunistów przeciwnikiem – bo kilka tysięcy partyzantów władzy obalić nie mogło – był PSL Stanisława Mikołajczyka, który mógł pokonać ich w wyborach. Komuniści musieli je sfałszować. Główny nurt oporu przeciw władzy miał charakter polityczny, a nie zbrojny! („Walki z sowietami nie chcemy prowadzić” – pisał w rozkazie z 19 stycznia 1945 r. o rozwiązaniu AK gen. Leopold Okulicki, zachęcając do politycznego oporu).
W PRL jak w Korei
Historia komunizmu jest w podręcznikach wyłącznie historią brutalnych represji – od mordowania „wyklętych” po stan wojenny. PRL przedstawiana jest wyłącznie jako totalitarny reżim, bezwzględnie i często (to słowo pojawia się często) mordujący swoich przeciwników. Gdyby podmienić nazwy, dokładnie w ten sam sposób można byłoby opisać Koreę Północną.
Autorzy podkreślają nędzę, braki w sklepach, kolejki, drożyznę. Oto cytat: (Kalwat i Lis, s. 164): „Dodatkowo – przede wszystkim w wielkich zakładach przemysłowych – panowały bardzo ciężkie warunki pracy, a zatrudnieni tam robotnicy otrzymywali niskie wynagrodzenia. Na domiar złego rządzący co jakiś czas drastycznie podnosili ceny”. Tak, warunki pracy w zakładach często były złe, a płace niskie. Tak, rządzący co jakiś czas drastycznie podnosili ceny. Uczeń nie dowie się jednak nic o warunkach pracy w Polsce międzywojennej – gdzie warunki pracy w fabrykach były równie złe albo gorsze, a zarobki realne niższe niż przed 1914 r. Przez okres PRL poziom życia i dochody jednak rosły, chociaż wolniej niż na Zachodzie. Były powody – poza nostalgią wobec młodości – dla których miliony Polaków w sondażach po 1989 r. odpowiadały, że za PRL żyło im się lepiej. Napisałem dawno temu doktorat o strajkach w okresie „S”, opierając się m.in. na rozmowach z robotnikami. Narzekali na złe traktowanie i niskie płace w PRL, ale sytuacja życiowa wielu z nich w 2004 r., kiedy zbierałem te wywiady, była gorsza niż za komunizmu. Zabieg autorski polega w tym cytacie z podręcznika na selekcji faktów i jednostronnym opisie wypranym ze wszelkich niuansów i kontekstu. Nikt nie będzie bronił PRL, ale przedstawianie jej jako totalitarnego reżimu na miarę Chin Mao Zedonga jest zafałszowaniem historii. W II RP również zamykano opozycję do więzień, wsadzano ludzi do Berezy bez wyroku sądowego i strzelano do protestujących robotników – i to wiele razy. Tego jednak uczeń się z podręcznika nie dowie. Dowie się tylko, że wybudowano wówczas port w Gdyni, co było wielkim osiągnięciem.
Jeszcze jeden cytat o PRL (Kalwat i Lis, s. 164): „Partia komunistyczna nadzorowała działanie wszystkich organów państwowych i życie społeczeństwa. Władza kontrolowała treści pojawiające się w prasie, książkach, radiu czy telewizji. Sama za ich pośrednictwem przekazywała często nieprawdziwe informacje, podkreślała swą nieomylność oraz wychwalała sojusz łączący Polskę ze Związkiem Sowieckim”. Znów: tak, partia kontrolowała działanie organów państwowych. Była cenzura. Polacy mieli jednak także nietrywialny zakres wolności. PRL była czasem rozkwitu polskiej sztuki, kultury i literatury: Wajda i Kieślowski kręcili w PRL filmy, Andrzejewski i Szymborska pisali swoje dzieła. Tak, działo się to bardzo często wbrew władzy – ale się działo. Nie mówiąc o odbudowie kraju ze zniszczeń wojennych i powojennej industrializacji, urbanizacji i awansie społecznym związanym z przejściem ze wsi do miasta. W podręczniku PRL jest jednolicie czarną, tragiczną epoką ucisku, w której nie wydarzyło się nic dobrego. Nawet 10-latkom nie warto aż tak upraszczać.
Lolek wyzwala z okowów
Z mroków PRL wyzwolił Polaków papież. Rozdziały poświęcone papieżowi i Kościołowi w PRL stanowią we wszystkich trzech podręcznikach kuriozum. Przede wszystkim ze względu na swoją objętość i ekspozycję w treści: czwartoklasista dowie się więcej o Karolu Wojtyle niż o jakiejkolwiek innej postaci z historii Polski, włącznie z tym, że nazywano go „Lolkiem”. Ale także ze względu na stopień zmanipulowania wiedzy o przeszłości. Zacytujmy (Kalwat i Lis, s. 170): „Wielu księży zostało osadzonych w więzieniach i zamordowanych. Nie zezwalano także na budowę nowych kościołów, a religię jako przedmiot nauczania usunięto ze szkół”. Gdyby ktoś z państwa zapomniał, jak było, to przypomnę: władze komunistyczne w pierwszym okresie po wojnie rzeczywiście więziły niektórych księży. Rzeczywiście nie zezwalały na budowę kościołów – w pewnych okresach! – a religię wyrzucono ze szkół. Tyle że Kościół w PRL po okresie prześladowań bił rekordy liczby powołań kapłańskich i wybudowano setki nowych kościołów. Religię ze szkół usunięto ostatecznie dopiero w 1961 r. Miliony polskich dzieci (z niżej podpisanym włącznie) chodziły jednak na religię uczoną w salach katechetycznych i nikt im nie przeszkadzał. Manipulacja autorów polega na tym, że informację o realnych prześladowaniach – tak, one faktycznie były – rozciągają na cały okres PRL.
Historia Polski w ogóle zresztą w podręcznikach jest obszarem boskich interwencji (takich jak „Cud nad Wisłą”). My, Polacy, bronimy całej Europy przed bolszewizmem w 1920 r. i obalamy go potem w darze dla całego świata. Zacytujmy (Olszewska i in., s. 120): „Zwycięska Bitwa Warszawska ocaliła nie tylko państwo polskie. Gdyby Polacy nie zatrzymali bolszewików pod Warszawą, ich armia miałaby możliwość podbicia innych krajów i narzucenia im komunizmu”. Można w tym miejscu w części autorów tego podręcznika usprawiedliwić: to samo powtarzają dziś prezydent Duda (z okazji 15 sierpnia) i inni politycy rządzącej partii. Prawda historyczna jest jednak bardziej skomplikowana. Na zachód od nas stały znacznie potężniejsze armie od polskiej. Powstania komunistyczne w Niemczech i na Węgrzech były już latem 1920 r. stłumione, a europejska opinia publiczna doskonale wiedziała o barbarzyńskich metodach sprawowania władzy przez bolszewików oraz ich okrucieństwie. Historycy zachodni, dodajmy, nie są wcale w większości przekonani, że Polacy pod Warszawą uratowali Zachód. Uratowali Polskę przed komunizmem – to dużo (i to wystarczy, aby świętować). Wróćmy jednak do zabiegu autorów podręcznika: wątpliwą ocenę podają oni uczniom jako fakt historyczny, zinterpretowany w religijno-nacjonalistycznym duchu. Poniżej reprodukują przy tym obraz Jerzego Kossaka „Cud nad Wisłą”, straszliwy kicz, na którym Matka Boska w promieniach światła płynącego z chmur i z pomocą zastępów anielskich pozwala Polakom pokonać czerwone azjatyckie hordy.
Wałęsa? Kto to?
W jednym z trzech podręczników, które przeczytałem – wydawnictwa Nowa Era – widać wyraźnie także wysiłek zmarginalizowania postaci Lecha Wałęsy. We wszystkich obok Wałęsy pojawia się Anna Walentynowicz – co może stwarzać wrażenie, że była osobą o równym Wałęsie statusie (nie była). W rozdziale „Solidarność i jej bohaterowie” (s. 146) uczeń ogląda infografikę, na której obok siebie umieszczono zdjęcia Walentynowicz, Wałęsy i Andrzeja Gwiazdy. O Wałęsie czyta: „Lech Wałęsa podpisał w imieniu strajkujących porozumienia z władzami komunistycznymi. Kilka miesięcy później został przewodniczącym »S«. […] Stał się symbolem pokojowej walki o prawa zwykłych obywateli”. To jest oczywiście prawda, ale nigdzie z tego podręcznika uczeń się nie dowie, że to Wałęsa był niekwestionowanym przywódcą zarówno strajku w Stoczni Gdańskiej, jak i całej Solidarności, a potem został demokratycznie wybranym prezydentem wolnej Rzeczpospolitej. Szczęśliwie ta informacja znalazła się w dwóch pozostałych podręcznikach.
To tylko wybrane przykłady – z bardzo wielu. Jak widać, autorzy i autorki podręczników nie kłamią wprost, ale bardzo jednoznacznie zniekształcają przeszłość. Robią to przede wszystkim, wyrywając fakty z kontekstu, przemilczając inne i podnosząc prawdziwe wydarzenia – takie jak mordowanie księży w PRL – do rangi zasady, jak gdyby morderstwa na księżach opisywały całokształt stosunków władzy z Kościołem. Efektem jest wizja XX w., w której nieskalany naród polski walczy ze złym komunizmem o niepodległość pod przewodnictwem Kościoła. Nic więcej tam nie ma. Jest to wizja rodem z bogoojczyźnianych książeczek dla dzieci, które pisywał dzisiejszy prezes IPN dr Jarosław Szarek zanim został prezesem i które stanowią główną część jego dorobku. Husaria wyklęta pod dowództwem Jana Pawła II szarżuje na bezbożnych komunistów: oto streszczenie tej historii, której prawdziwym celem oczywiście jest wychowanie kolejnych pokoleń wyborców katolicko-narodowej prawicy. Kiedy PiS odejdzie, jednym z pierwszych zadań dla nowej, demokratycznej władzy będzie odwyk od tej propagandy i przywrócenie przeszłości prawdziwych proporcji.
submitted by Bifobe to Polska [link] [comments]


2018.08.10 09:59 Gazetawarszawska Żydowskie chmury nad marszami niepodległości: Czy ”ONR” będzie pałować polskich antysemitów na żydowskie zlecenie?

Żydowskie chmury nad marszami niepodległości: Czy ”ONR” będzie pałować polskich antysemitów na żydowskie zlecenie?
https://preview.redd.it/p4g39vcn28f11.png?width=1149&format=png&auto=webp&s=32503108b32825fda6b642477ddb6e5188105878

Żydowskie chmury nad marszami niepodległości: Czy ”ONR” będzie pałować polskich antysemitów na żydowskie zlecenie?

OKUPACJA ŻYDOWSKA W POLSCE 08 AUGUST 2018
+++
Laudetur Iesus Christus
Żydowskie chmury nad marszami niepodległości: Czy ”ONR” będzie pałować polskich antysemitów na żydowskie zlecenie?
Biorąc pod uwagę rozwój sytuacji wśród „ruchów narodowych” w Polsce, pytanie to nie jest retoryczne, ale wyraża ono stan faktyczny – Polska 2018.
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/okupacja-zydowska-w-polsce/1676-zydowskie-chmury-nad-marszami-niepodleglosci-czy-onr-bedzie-palowac-polskich-antysemitow-na-zydowskie-zlecenie
Ostatnie wydarzenia związane z uzewnętrznionym terrorem żydowskim w dniu 1 sierpnia 2018 w Warszawie w postaci blokady przemarszu „pochodu Powstania” dają przesłanki do takiego osądu. „ONR”- owskie pałowanie z nakazu ambasady Żydaera w Warszawie, czy też - co gorsza - skutkiem własnej poprawności politycznej od dawna wisi w powietrzu.
Sama blokada tego przemarszu to rezultat wojny hybrydowej, hybrydowego terroru żydowskiego na Polakach, dokonanego również rękami samych organizatorów „ONR” i im podobnych – a to na zasadzie zwykłej ustawki. Bo „ONR” jest pod kontrolą żydowską. Ustawka związana z marszami w Warszawie jest aż nadto widoczna i to już od lat, a ojcem chrzestnym, czy zwiastunem takiego rozwiązania był żyd Wildstein.
📷
https://vod.gazetapolska.pl/697-rozmowa-niezalezna-dawid-wildstein
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/okupacja-zydowska-w-polsce/1634-bezczelnosc-zydowska-zyd-bedzie-prowadzil-marsz
W Polsce jest symptomatyczne, bardzo łatwo rzuca się w oczy to, że szeroko rozumiane organizacje i jednostki: „ruchu narodowego”, „prawicy”, „nacjonalistów”, „walki z lewactwem” etc. pod płaszczykiem takiej to „nacjonalistycznej” retoryki chodzą na krótkiej smyczy interesów żydostwa. Rzecznicy tych „narodowych” stworów zarzekają się sumiennie, że nie są antysemitami, obecność żydowska w Polsce nic im nie szkodzi, chcą dla żydów sprawiedliwości, godności, no i sympatyzują z Izraelem, który według nich jest naszym cywilizacyjnym sojusznikiem na Bliskim Wschodzie. Chełpią się nawet tym, że w przedwojennym ONR było wielu żydów, i ONR tępił antysemityzm, i to do spółki z sanacją, a ONR-wców, deklarujących antysemickie poglądy, zamykano w więzieniach. Kultowym osiągnięciem ONR-u ma być śmierć Mosdorfa w Oświęcimiu, w obronie żyda przed strażnikiem obozowym (nazistą).
Wojna hybrydowa stosowana przez żydowskiego okupanta w Polsce polega między innymi na stworzeniu, w kraju i wśród Polonii w świecie, różnych „polskich” organizacji, które jako aktywne w różnych płaszczyznach społecznych działają pod pełną kontrolą Mossad-u. Nawet jeśli nie wszystkie lokalne, oddolnie powstające komórki są kontrolowane, to jednak gdzieś w którymś miejscu, w imię jedności organizacyjnej, muszą się podporządkowywać innym, w których ta kontrola ma miejsce. Tak było w przypadku oddolnie powstającej Ligii Polskich Rodzin, na której czele ostatecznie stał ...R. Giertych, obecny "adwokat" PO. Dzięki temu „dwustronna” gra polityczna, walka, każda awantura uliczna jest faktycznie jednostronna – ustawiona i zawsze kończy się na grze do jednej bramki. Do polskiej bramki.
Najwidoczniejszym przykładem tego systemu jest układ rządu i opozycji. Gdzie rząd stara się jak może, ale ciągle się to nie udaje, bo opozycja nie śpi i przeszkadza. Tak jest to bezustannie od czasu Okrągłego Stołu. Ale te ostanie rządy PIS są już absolutnym majstersztykiem filosemickiej obłudy, zdrady stanu, rasizmu, żydowskiego łupiestwa i sabotażu Państwa dokonanego przez sam rząd. Gdzie rządowe zapotrzebowanie na destrukcję ze strony „opozycji” jest aż tak duże, że PO – opozycja - nie daje rady z realizacją tego zapotrzebowania, więc rząd PIS pomaga jak może i uprawia autosabotaż. Przykładem tego jest np. Komisja Wenecka, którą zaprosił do Polski rząd żydówki Szydłowej, a to tylko bardziej jaskrawy przykład, bo jest cały szereg innych mniejszych organizacji sabotażowych, które są organizowane, finansowane, chronione przez rząd RP. Zupełnie ostatnim przykładem jest nietykalność bandytów, najemników, terrorystów KOD, którzy są chronieni przez policję, a tak skutecznie, że niedawny „ukrainiec”, który popychał i atakował policję przez wiele dni nie został odnaleziony. A kiedy się już odnalazł - wnuk żyda, ubowca Jerzego M. Modlingera - to okazał się być etatowym zatrudnionym w TVP u żyda Kurskiego. Żyd z żydem, żydowi, dla żyda …etc, …zawsze….nawet kiedy ci żydzi afiszują się tym, że stoją po przeciwnej stronie barykady.
Sami organizatorzy marszu Niepodległości, różnych „ONR” czy ruchów narodowych to najczęściej prości spadkobiercy żydowskich organizacji narodowców fasadowych: ZChN czy LPR. Organizacje te powstały w Polsce w 1989 roku na trupie niedoszłego Stronnictwa Narodowego - jako próby jego reaktywacji w Warszawie. Reaktywacja ta nie udała się z powodu rozbijactwa politycznego – sabotażu – ze strony takich polityków, jak W. Chrzanowski, M. Giertych czy A. Macierewicz.📷
Przypomnijmy, że zaraz po Okrągłym Stole powstała myśl reaktywacji w Polsce Stronnictwa Narodowego. Po II WS Stronnictwo Narodowe, niesłusznie nazywane londyńskim, miało swoją siedzibę w W. Brytanii i z stamtąd prowadziło, co prawda ograniczoną, działalność polityczną – ale zachowało ciągłość prawną. Stronnictwo Narodowe (londyńskie) było i pozostaje jedynym tożsamym organizmem politycznym mającym prawo do nazwy – a to jako legalny twór polityczny o zachowanej ciągłości statutowej Stronnictwa Narodowego przedwojennego, Romana Dmowskiego (Tadeusz Bilecki był prezesem - 1939). Zamysł reaktywowania Stronnictwa Narodowego w Warszawie zrodził się w 1989, zaplanowano go tak, aby dokonać scalenia ze Stronnictwem Narodowym – w Londynie – prezesem był Antoni Dargas.
Na kongresie inauguracyjnym w Warszawie w Gmachu Głównym Politechniki Warszawskiej w roku 1989 do takiej zaplanowanej reaktywacji Stronnictwa jednak nie doszło. „Ojcem reaktywatorem” był Wiesław Chrzanowski ze swoim cichym mentorem Antonim Macierewiczem, którzy to dwaj tak kręcili obradami zjazdu założycielskiego, że duża część zwolenników Stronnictwa Narodowego – nawet przedwojennych członków SN – zniechęcona, opuściła obrady, a ci, którzy pozostali na tych obradach - proklamowali ZChN.
Niemal równocześnie Maciej Giertych założył „Stronnictwo Narodowe” w Warszawie. M.Giertych miał wybitnie niechętny i pogardliwy stosunek do legalnego Stronnictwa Narodowego w Londynie i zwykł prowokacyjnie pytać: „a kogo oni reprezentują, skoro nie mieszkają w kraju?”. Giertych uważał, że skoro on „mieszka w kraju” to ma większe prawa niż londyńscy emigranci. Skończyło się tak, jak się skończyło, podobnie jest z redakcją „Myśl Polska”, która nie ma nic wspólnego z "Myślą Polską" w Londynie i jest już otwarcie redakcją tuzinkowych złodziei, którzy kradną prawa autorskie do zdjęcia Jędrzeja Giertycha.📷
Redakcja ta jest tak bezczelna, że nawet nie odpowiada na maile z wezwaniem do usunięcia fotografii Jędrzeja Giertycha, do którego nie ma praw. A o jakiejkolwiek kontynuacji ideowej też nie może być mowy.
Podobnie jest z innymi organizacjami post-historycznymi w III RP.
Szczególnie ta nazwa - ONR - nie jest używana legalnie przez obecny „ONR”, bo nie ma na to jakiegokolwiek nadania od żadnego, autentycznego funkcjonariusza ONR. A faktycznie, jest nawet absolutnie przeciwnie, bo w sądzie rejestracyjnym jest zadeklarowane oświadczenie mówiące, że obecne „ONR” odcina się od ONR. Zatem „ONR” nie jest ONR-em i nazwę tę używa nielegalnie, a to podobnie z symbolem - mieczem Ruchu Narodowo-Radykalnego Falanga.
W świetle tej antynarodowej kultury reprezentowanej przez te „nacjonalistyczne”, „prawicowe” organizacje i portale trzeba podkreślić ich wyzucie z polskiej i europejskiej tradycji, czy cywilizacji.
Autentyczne polskie organizacje historyczne: Liga Narodowa, Stronnictwo Narodowe, ONR, OWP, Falanga, czy liczne związki chrześcijańsko-narodowe miały – mimo wzajemnych napięć i sporów – charakter pronarodowy, prospołeczny i negowały walkę klas. O ile nikt tam nie popierał socjalizmu czy lewicowości, to nigdy nie wykluczał ze społeczności innych Polaków. A co obecnie jest to nagminne w Polsce pod hasłem zwalczania „lewactwa”. A to szczególne Dmowski nigdy nie pozwoliłby na akcentowanie wykluczania ze wspólnoty narodowej „innych” Polaków. I takie hasła „raz sierpem raz młotem czerwona hołotę” nie mogły mieć miejsca u Dmowskiego, czy wśród faszystów. Dmowski autentyczny geniusz pióra politycznego, którego pisma są wzorem klarowności kunsztu pisarstwa społecznego, zawsze podkreślał, na koniec swoich wywodów, że inni może mogą myśleć inaczej niż on sam. Dmowski, przez jakiś czas, miał gospodarstwo rolno-produkcyjne i do personelu tam zatrudnionego zawsze zwracał się „per Pan”, a nigdy nikogo nie „tykał.”
Ale to było tak jedynie na płaszczyźnie narodowej i społecznej. Na płaszczyźnie żywiołów obcych germaństwa i żydostwa nie było już takiego wersalu. Szczególnie żydostwo było surowo tępione tak słowem, jak i ramieniem. Żaden ONR nigdy nie oddałby jakiegokolwiek honoru „Mosdorfowi”, który walczył i poległ w obronie żyda! Żaden faszysta czy ONR-owiec nigdy nie szczułby ani na Francuza, ani na Niemca w ich wojnach z żydami, jak to widać i słychać obecnie wśród tych „prawicowców” ONR-ców, czy kawiarnianych faszystów publikujących na YT, którzy jak tylko mają okazję, to podkreślają, że są i dobrzy żydzi - żydzi polscy patrioci. Co jest absolutnym przeciwieństwem postawy Adama Doboszyńskiego, który mówił i planował wyrzucenie żydów z Polski, a to bez dyskusji o tym, czy są dobrzy, czy źli.
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/pugnae/81-adam-doboszynski-list-do-zyda
Jest zastanawiajcie to, że organizacja „ONR”, tak wyraźnie pozbawiona poparcia społecznego, nie prowadząca jakiejkolwiek pracy ideowo-politycznej, tak nagle staje się głośna. A to, że akurat jest to nagłośnienie negatywne, przez media poprawności politycznej, jest jedynie dodatkową reklamą – bo niczym innym. Bo jest przecież wiadome, że te żydowskie media wiedzą, że najlepszą formą walki z przeciwnikiem jest zamilczenie jego obecności. Dziwne, że w przypadku „ONR” metoda ta nie jest stosowana.
Nagle w otoczeniu „ONR” pojawili się tacy aktywiści jak Jacek Międlar i Roman Kneblewski, którzy jako księża „nacjonaliści” ustanowili patronat nad tym „nacjonalizmem”. Tu też trzeba przywołać Dmowskiego, który słowa „nacjonalizm” nie zwalczał, ale był wysoce powściągliwy w jego stosowaniu.
Znamienne zatem jest to, że tak Kneblewski, jak Międlar i inni tak wałkowali ten „nacjonalizm” na lewo i prawo. To łącznie z podążaniem za nurtem prymitywnej, doraźnej hasłowości, a żadnej pracy ideologicznej, której nie było i chyba nie będzie. I wyszło szydło z worka dość szybko, Międlar zaczął propagować księży „gotowych umrzeć za każdego żyda”, a Kneblewski zaczął głosić na YT konieczność przyjęcia do Polski żydów – „nawet gdyby mieli nam ponownie szkodzić”!
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/okupacja-zydowska-w-polsce/1316-wilki-w-owczej-skorze-ex-ks-kneblewski
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/pugnae/910-syndrom-sztokholmski-ex-xiedza-miedlara-czy-agenturalna-ustawka
Kiedy zatem mamy tyle zmyłek, fałszywych flag, to należy postawić pytanie:
Kto faktycznie organizował marsz 1 sierpnia 2018 i kto za tym stał? Jaki jest prawdziwy cel takiego pochodu?
Bezczelność i bezmyślność Ewy Gawor z Ratusza musi być jakoś usytuowana w szerszym aspekcie i jej zachowanie oraz oświadczenia mogą odsłonić rąbka tajemnicy.
Sprawdźmy zatem, kto organizował marsz! Bo nie jest do końca jasne to, jaka organizacja była organizatorem marszu Powstania w dniu 1 sierpnia 2018 od Ronda de Gaulle,a do Placu Zamkowego.
Ale okazuje się, że pismo Ratusza (Ewa Gawor) o rozwiązaniu zgromadzenia zostało skierowane do „Pana Michała Jelonka” i jako takie chyba coś wyjaśnia, coś odwrotnego – to nie była organizacja.
DECYZJA NR WV/5310/ZG/1 /2018
Na podstawie art. 20 ust 3 ustawy z dnia 24 lipca 2015 r - Prawo o zgromadzeniach (Dz U. z 2018 r. poz 408. z póżn zm.). w dniu 1 sierpnia 2018 r, o godzinie 17.27:
1) rozwiązuję zgromadzenie zorganizowane przez Pana Michała Jelonka w dniu 1 sierpnia 2018 r w Warszawie, w godzinach 17 00 - 19 30. z planowaną trasą przejścia ulicami: Al. Jerozolimskie. Nowy Świat, Krakowskie Przedmieście do placu Zamkowego
2) decyzji nadaję rygor natychmiastowej wykonalności.
UZASADNIENIE
W dniu 2 lipną 2018 r. do Prezydenta Miasta Stołecznego Warszawy wpłynęło zawiadomienie Pana Michała Jelonka o zgromadzeniu zwołanym w dniu 1 sierpnia 2018 r na rondzie Dmowskiego w Warszawie, z planowanym przemarszem Al. Jerozolimskimi i ulicami: Nowy Świat Krakowskie Przedmieście i Miodową do pl. Krasińskich. Zadeklarowano w nim udział 20 000 osób. Celem zgromadzenia miało być „upamiętnienie rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego"
W związku z tym. iż na pl. Krasińskich w Warszawie wcześniej zostało zgłoszone inne zgromadzenie, a ul. Miodowa i ul. Senatorska są w trakcie remontu całkowicie uniemożliwiającego przejście trasą wskazaną w zawiadomieniu w dniu 9 lipca 2018 r.
Czyli – w świetle decyzji Ratusza stroną marszu jest osoba fizyczna, a nie osoba prawna.
A więc to wielkie zgromadzenie, tak pod względem formowalno-prawnym, ideowym, honorowym, i społecznie rozpoznawalnym szło pod patronatem „Pan Michał Jelonek z Warszawy,” czyli jednej osoby fizycznej. Tak więc osoba fizyczna „Michał Jelonek” jest stroną konfliktu z Prezydent Warszawy, która jest osobą prawną. A gdzie „Prezydent Warszawy” jest reprezentowana przez urzędnika Ewę Gawor, która wykonała bezdyskusyjnie nakazy Danielsa, i to z tego powodu nie potrafiła uzasadnić decyzji o rozwiązaniu marszu.
Bo faktycznie, Gawor powinna przyznać tak jak Aazari po skandalu w Oświęcimiu – że szef (Netanyahu) tak kazał. Gawor powinna wykręcić się od odpowiedzialności i powiedzieć również: że szef Daniels tak kazał. A więc problem rozwiązania marszu to konflikt: naczelnik Daniels versus Michał Jelonek.
I zauważmy dodatkowo, ta sytuacja zablokowania marszu, w aspekcie oszustów fałszywych flag jest identyczna ze „sprawą Rybaka” tj. spalenia jakiejś kukły tekturowej - rok 2015, we Wrocławiu, która później okazała się żydem.
„Sprawa Rybaka” to jakiś klasyk ujawniający inwigilację środowisk narodowych przez Mossad, prostytucję polskiego rządu czy korupcję sądów i trzeba się nad tym chwilę pochylić.
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/pugnaHYPERLINK "http://www.gazetawarszawska.com/index.php/pugnae/463-sprawa-piotra-rybaka-onr-mossad-szydlo"e/463-sprawa-piotra-rybaka-onr-mossad-szydlo
Była to poważna prowokacja Mossd`u - perspektywiczna, logistycznie skomplikowana, bo skierowana na późniejszą wizytę Beaty Szydłowej w Żydaerze, aby tam przed Netanyahu, w osobie premiera RP przeczołgać Polaków i posłusznie udokumentować walkę polinu z antysemitami.
Rybak dostał za tę prowokację 10 miesięcy więzienia, która to kara została później moderowana przez praczy sądowych na trzy miesiące.
Ale w kontekście blokady marszu 1 sierpnia 2018 w najwyższym stopniu jest istotne to, że demonstracja we Wrocławiu w roku 2015 była zaaranżowana przez „ONR”, który tak wymownie afiszował się w Warszawie 2018.
📷
W 2015 roku P. Rybak miał spalić jakąś tam flagę – tak było umówione, ale w rezultacie spalił jakąś tam kukłę podmienianą mu w ostatniej chwili. Kukła została spalona, a razem z nią jedyny dowód – co istotne - rzekomego jej żydostwa w postaci obrzezania na prąciu tej kukły– brak napletka. Co gorsza oskarżenie opierało się na zeznaniach świadków - żydów, którzy nie byli nawet obecni na miejscu zbrodni, ale widzieli zapis video, lub jednie słyszeli o takim zdarzeniu. Żydzi ci dali potem przed sądem dowód ze swojej trwogi i to było podstawą do skazania podpalacza Rybaka na karę więzienia. Czyli była to miniatura „holokaustu”, wersja Soah-Nano, gdzie w wersji wielkowymiarowej żydzi słysząc coś o masowych zbrodniach Drugiej Wojny Światowej podszywają się pod ofiary innych narodów, jako rzekomo ci, którzy „cudownie przeżyli” komory gazowe. Jeżdżą teraz po świecie, kłamią i oszukują, mnożą swoje „cierpienia” i ilości „niewinnych ofiar” – żydów oczywiście, których było 6 milionów, a co jest udowodnione, bo gwiazda dawidowa ma sześć rogów, czyli po milionie żydów na jeden róg.
Najistotniejsze w tym narastającym problemie anonimowości organizacji „patriotycznych” jest to, że tenże „ONR” nigdy sprawy Rybaka nie wyjaśnił, nigdy nikogo nie ukarał, nigdy nie wprowadził jakichkolwiek zmian organizacyjnych lub personalnych w związku z tym poważnym bezprecedensowym wyrokiem – rytualnym sądowym poniżeniem Polski przez żydów. Organizacje sojusznicze, jak i „narodowe” portale nie domagają się od „ONR” przeprowadzenia dochodzenia i złożenia wyjaśnień.
A podobnie jest z innymi przestępczymi wydarzeniami, np. z poprzednich marszów niepodległości. Jest symptomatyczne, że „nacjonaliści” czy „patrioci” bardzo dziwnie i wybiórczo traktują określone problemy i wszędzie tam, gdzie tylko pojawi się problem bezpośrednich interesów żydowskich, to nacjonalistów dziwnie nie widać. A jeżeli już są, to wysługują się żydom, bo szczują na inne narody np. Francuzów, za to, że ci nie bardzo chcieli walczyć przeciwko Niemcom, a i pomagali Niemcom wywózce żydów z Francji. Nacjonaliści widocznie muszą uważać, że Francuz musi pokornie godzić się na żydowski garb, a najlepiej, gdyby chwalił się swoim Ulmem.
Pomyślmy! Daniels nakazał zniszczenie jakichkolwiek znaków antysemityzmu i ksenofobi na marszach (i nie tylko tam). Dodatkowo, Polska ma żyda z Ameryki, który 11 listopada 2017 schował się w łazience ze strachu, że antysemici idą po niego. Sprawa tej żydziej kryjówki jest głośna w świecie, prawie tak jak Jedwabne. Wszystko to razem ukazuje ogromny potencjał negatywny i zapowiada prowokację na Marszu w listopadzie.
Zachodzi zatem pytanie: Jaką to formę prowokacji lub terroru żydzi przygotowali na 11 listopada 2018? Czy będą zabijać samych siebie, czy tylko Polaków?
Kto będzie mięsem armatnim, kto zamachowcem i jaką formę swojej beneficjencji zaplanowali żydzi?
Czy będą to jedynie aresztowania antysemitów, czy też rząd utworzy zony bezpieczne dla żydów, a więc takie mini-Izraele w polin: Warszawa, Wrocław, Kraków, Gdańsk, terytoria przygraniczne, Śląsk, Lubelszczyzna i Podkarpackie, Pomorze, etc. które otrzymają zwiększane uprawnienia samorządowe, a w ramach tego sformułuje się prawa „mniejszości” do szczególnej ochrony policyjnej. I te „mniejszości” w ramach wdzięczności i przezorności utworzą żydowskie getta, gdzie żydzi będą mogli osiedlać się i modlić się bezpiecznie.
Nie są to żadne wariactwa – tak żydzi skolonizowali Palestynę, a tam nigdy nie było tylu zdrajców co w Polsce.
Nasuwa się bardzo ważne pytanie:
- Na ile to….. w marszu „Pana Michała Jelonka” z dnia 1 sierpnia 2018 roku jest udziałów „ONR”, „Ruchu Narodowego”, „Marszu Niepodległości” i pozostałych organizacji, których ludzki wzrok nie ogarnie?
Nasuwa się drugie bardzo ważne pytanie:
- Na ile to w Marszu Niepodległości 11 listopada 2018, którego organizatorami będą: „Pan Michal Jelonek”, „ONR” - od palenia kukieł Rybaka, „nacjonaliści”, „faszyści” i „ksenofobi”, którzy – w jakiej to formie organizacyjnej stawią czoła Mossadowi, policji polin widocznej 1 sierpnia, no i Danielsowi.
Czy marsz będzie ponownie zablokowany przez idiotkę Gawor? Czy będzie to zwykle rozpędzenie przez rozhisteryzowany Ratusz, czy będzie to masowy zamach żydowski na uczestnikach Marszu.
Tyle było prób zablokowania Marszu, tyle razy strzelano z broni gładkolufowej, straszono podpalonym mostem.
Co będzie teraz?
Czy tam w tych partiach czy ruchach „nacjonalistów” jest rzeczywiście jakaś ideologia narodowa polska, czy też to jedynie bękarty Wildsteina i Doroty Kani. Które to pacany raz do roku pomagają żydom w wyprowadzaniu Marszu Niepodległości na Pragę, zamiast odwrotnie – wprowadzić marsz gwiaździsty demonstrantów z całej Polski na Centrum Warszawy.
Jest to pytanie, którego osnową ideologiczno-systemową nie są idee narodowe, bo ich nie widać i nie słychać, ale są za to liczne deklaracje i wypowiedzi osobników widzianych na czele marszu (żydków), liderów, którzy bardzo gorliwie debatują nad motywami decyzji Ewy Gawor: Czy koszulka była faszystowska, czy sierp i młot były przekreślone, czy był antysemityzm etc. etc. A więc autocenzura, czy syndrom sztokholmski.
To nie jest błahe! To nie świadczy jedynie o pustce umysłowej tych wodzów, ale i o tym, że pustka ta będzie zagospodarowana przez żydów! Jest to bardzo groźne, bo liderzy ci dokonują bardzo niebezpiecznego i szkodliwego w skutkach procesu nadmienianej autocenzury, syndromu sztokholmskiego czy propagowania tolerancji wobec żydów.
Gorzej nawet, oni tymi dyskusjami i usprawiedliwianiem się, podkładają się żydom i są otwarcie gotowi na:
Nacjonalizm – tak, antysemityzm- Nie.
Czyli nastąpi surowa cenzura marszu, obostrzenia wszelkiego typu, no i nie wiadomo w jakim kierunku, i o jakiej porze ten marsz ma maszerować.
+
Jest jeszcze trochę czasu i można powołać alternatywne zespoły marszu niepodległości.
Polska jest jedna i dla wszystkich Polaków, ale tylko dla Polaków. Marsz musi iść w ciągu dnia – a nie po nocy i musi mieć swój cel dojścia w ścisłym Centrum Stolicy.
Kryterium zebrania i marszu ma być jedność narodowa z surowym, wykluczeniem żydów, a bez wprowadzania napięć ideologicznych, partyjnych. Nikomu nie wolno narzucać haseł ani tym bardziej zakazywać wypowiedzi, symboliki czy sposobu stawiania kroków. Polskość to znaczy wolność, powściągliwość i szacunek do innego Polaka z przyjaźnią wobec innych narodów, ale do narodów, narodów faktycznych, osadzonych w swojej historii, a nie sztucznych zlepków, zbrodniczych, wyuzdanych, dokonujących najazdów na nasze zimie i domagający się tolerancji z naszej strony. Regulacja naszych norm i zachowań przebiega właśnie według takich kryteriów.
Darcie mordy z okrzykami „duma, nasza narodowa duma” czy „raz sierpem, raz młotem….” Nie leży nam do smaku, to szczególnie, kiedy to ci silni w gębie krzykacze są nieodpowiedzialni czy nieudolni i nie potrafią poprowadzić czoła marszu tak jak zaplanowano, bo jest to nasza narodowa godność i ogólnie rozumiane bezpieczeństwo przemarszu.
Blokada marszu 1 sierpnia 2018 ustanowiła na stałe poniżające kryteria narzucone Polakom (tamtym organizatorom) przez Danielsa. Te nieudaczniki stojące za organizacją tamtego bałaganu pójdą tylko w jednym kierunku: na autocenzurę marszu 11 listopada. Wszystko będzie zakazane, wszystko tak, jak Daniels nakazał. Ten, który nie podda się dyscyplinie będzie pałowany, pałowany przez „patriotów” – tak będzie.
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/okupacja-zydowska-w-polsce/538-wojna-marszu-niepodleglosci-a-zydzi
Trzeba zatem, jak napisano powyżej, poprowadzić własny marsz, ale który musi przejść blokady policji i bandytów i dojść do celu.
In Christo
Krzysztof Cierpisz
08-08-2018
+++
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/okupacja-zydowska-w-polsce/178-kalendarium-konfliktu-oswiecimskiego
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/pugnae/93-wolniewicz-lewactwo-izrael-czyli-ciszej-nad-ta-trumna
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/okupacja-zydowska-w-polsce/32-terror-zydowski-w-polsce-marsz-zywych-2014
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/pugnae/339-k-cierpisz-jakim-agentem-byl-abp-s-wielgus-a-jakimi-i-czyimi-agentami-sa-bracia-kaczynscy
https://gazetawarszawska.com/index.php/pugnae/1522-adam-doboszynski-ekonomia-krwi-i-obce-agentury
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/pugnae/81-adam-doboszynski-list-do-zyda
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/okupacja-zydowska-w-polsce/1643-cala-tresc-decyzji-o-rozwiazaniu-marszu-powstania-warszawskiego
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/okupacja-zydowska-w-polsce/214-zydzi-rozpoczeli-zamach-na-polske
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/zamachwarszawski/230-to-zydzi-porwali-i-zamordowali-delegacje-do-katynia-w-dniu-10-kwietnia-2010
submitted by Gazetawarszawska to u/Gazetawarszawska [link] [comments]


2018.02.09 21:45 ben13022 Fałszywa polędwica, czyli da Vinci znad Wełtawy. [Reportaż Mariusza Szczygła]

Mariusz Szczygieł, 2018 r.: - Po spotkaniu z czytelnikami we Lwowie podeszła do mnie małżonka konsula Republiki Czeskiej. Zaproponowała, że pan konsul za chwilę podjedzie samochodem pod księgarnię, żeby zabrać mnie i pokazać rzecz ważną dla Czechów na Ukrainie. Chodzi o pewną pamiątkową tablicę.
Zgodziłem się od razu. Wszystko, co dla Czechów ważne, mnie także interesuje.
Konsul zawiózł nas do czeskiego konsulatu. Był późny wieczór i ukraińscy strażnicy patrzyli spode łba na tę nagłą wizytę, zwłaszcza że dyplomata z gościem nie weszli do pomieszczeń urzędowych, tylko stali w jednym miejscu na korytarzu i wpatrywali się w ścianę.
A na niej - w złotą tablicę z czarnym napisem: „W tym miejscu w latach 1902-1903 Jára Cimrman miał zamiar wybudować gigantyczną fabrykę wody sodowej”.
Przeczytałem napis i spojrzałem zaskoczony na gospodarzy. Dyplomata, widząc moje zdumienie, uznał za stosowne od razu wyjaśnić: - Oczywiście Jára Cimrman miał doświadczenie w wodzie sodowej, bo przyjechał do Lwowa wprost z Budapesztu, gdzie z sukcesem wpuścił bąbelki do Dunaju.
Przy tym pan konsul nawet się nie uśmiechnął. Zrozumiałem, że nie było w tym rzeczowym wyjaśnieniu ani w tablicy nic zabawnego.
Spojrzałem jeszcze raz wymownie na konsula, który dalej wyjaśniał: - W miejscu, gdzie stoi budynek konsulatu, był wielki dół. Jára wykopał go pod fundamenty fabryki. Niestety, z niejasnych powodów nie dokończył dzieła. I na tych fundamentach zbudowano nasz konsulat.
Poniższy reportaż Mariusza Szczygła o Járze Cimrmanie ukazał się w "Gazecie Wyborczej" 5 stycznia 2011 r. oraz w wydanej przez Agorę książce "Láska nebeská"
  • CZĘŚĆ 1: Jára Cimrman we mgle
W Muzeum Narodowym w Pradze skończyła się właśnie wystawa dzieł największego czeskiego geniusza, a prawdopodobnie jednego z największych geniuszów świata - Járy Cimrmana. Otwarto ją w święto narodowe, w dzień patrona Czech - św. Wacława. W kraju, w którym panuje niechęć do zadęcia, taka symboliczna data coś znaczy.
Cimrman był bowiem umysłem renesansowym, porównywalnym tylko z Leonardem da Vinci. ("To jedyny mój pacjent, który potrafił wywołać we mnie kompleks" - Zygmunt Freud).
Wystawa w Narodowym pokazywała ułamek twórczości Cimrmana - wynalazki. Wiele z nich współcześni czescy inżynierowie odtworzyli na podstawie szkiców, które odnajdowano przypadkiem od 1965 roku zamurowane w ścianach.
Kiedy usiłowałem wejść na tę wystawę, musiałem stoczyć bój z tłumem. Szczerze mówiąc, udało mi się włożyć głowę między ściśnięte ciała Brytyjki i Francuza i zobaczyć przez chwilę jedno z dzieł.
Była to genialna wprost wtyczka do prądu. (Wielu cimrmanologów dowodzi, że Jára Cimrman pomógł Edisonowi wynaleźć żarówkę; inni, choćby polski znawca J.C. Paweł Leszczyński, przychylają się do wersji, że Czech na zlecenie Edisona wyrobił gwint do żarówki; z tego powodu powszechnie na żarówki mówiono w Czechosłowacji "jarówki"). Genialna wtyczka, którą zobaczyłem w muzeum, przeznaczona jest dla samobójców. Zamiast kabla ma rączkę z metalu, gwarantuje więc natychmiastową śmierć.
Mało kto wie, że Jára Cimrman był pionierem internetu. Kiedy w 1889 roku Amerykanin Strowger wynalazł centralę telefoniczną, Cimrman niewiele później kupił tani namiot cyrkowy, który przemienił w naukowe centrum telekomunikacyjne. Zatrudnił do tego 12 emerytowanych profesorów szkół średnich. Każdego z nich posadził w namiocie przy telefonie i płacił za odpowiadanie dzwoniącym na pytania z jego dziedziny. Namiot działał cztery lata, do momentu, aż siedmiu profesorów zaatakował wirus.
Jára Cimrman - wynalazca, dramatopisarz, eksperymentator teatru, kompozytor, dentysta, filozof, narciarz, globtroter (zdobył biegun północny), przyjaciel i nauczyciel Alberta Einsteina - w Polsce nie jest szeroko znany.
Zanim postanowiłem przełamać polskie milczenie na jego temat, chciałem zorientować się, dlaczego nasi bohemiści nigdy nie poświęcili mu popularyzatorskiego studium. Rozmawiałem o tym z wieloma Czechami, którzy byli zgodni: zazdrość.
Zresztą, dowodzili, zjada ona też wiele innych narodów. Kiedy nieprzygotowany odbiorca zetknie się ze spuścizną Cimrmana, przeżywa szok, a potem falę zawiści. Na przykład wielu powątpiewa w zdobycie przez Cimrmana bieguna północnego: twierdzą, że uciekając przed wygłodniałym plemieniem Mlasków, ominął biegun o siedem metrów. Trudno chyba im pogodzić się z tym, że Czesi - ten niezbyt liczny naród - wydali na świat kogoś, kto przygniata swoim dorobkiem najzdolniejszych Polaków, Niemców czy Rosjan.
À propos tych ostatnich - zauważyłem, że w kanonicznej monografii o Antonim Czechowie autorstwa René Śliwowskiego nie ma informacji (wypadła celowo?) o znamiennym spotkaniu obu twórców, dzięki któremu Czechow napisał "Trzy siostry".
Było tak: Czechow siedział w swojej altanie i pisał. - Antoni Pawłowiczu, a co to piszecie? - zagadnął Jára Cimrman, który właśnie przechodził obok. - "Dwie siostry" - odpowiedział pisarz. - Nie za mało? - spytał geniusz i poszedł dalej.
Zacznijmy jednak od życiorysu. Jára Cimrman urodził się w Wiedniu, w latach 1840-1893, jako syn czeskiego krawca Leopolda Cimrmana i austriackiej aktorki Marlen Jelinek-Cimrman (konflikt rodziców spowodował, że chodził jednocześnie do czeskiej i niemieckiej szkoły).
Sam wybrał narodowość czeską i z nią się utożsamiał.
Jako genialnie piszące dziecko wysyłał listy protestacyjne do zaborcy, czyli cesarza monarchii habsburskiej Franciszka Józefa. Cesarz jednak nigdy na nie nie odpowiedział. Prawdopodobnie dlatego, że mały Jára prosił go o to, żeby umarł lub abdykował w jakimś łatwym do zapamiętania roku.
W 2008 r. odnalazła się ostatnia sztuka patriotyczna Cimrmana. Podczas likwidacji cukrowni w Dymokurach, gdzie Cimrman przez pewien czas był nauczycielem w szkole podstawowej, znaleziono rękopis. Tekst nosi tytuł "Czeskie niebo", bo właśnie w niebie zbiera się senat złożony z największych postaci czeskiej historii."Ograniczenie produkcji cukru w Republice Czeskiej przyniosło przynajmniej jeden słodki efekt" - pisała prasa.
W uwagach dla reżysera Cimrman pisze wprost, że aby odciągnąć uwagę od antyhabsburskiej wymowy sztuki, reżyserzy powinni rozważyć wystawianie jej pod tytułem "Chwała cesarzowi!".
Mieszkańcy Dymokur są zaś dumni z pomocy, jaką dramaturg od nich otrzymał. Otóż żeby mieć 27 kopii sztuki naraz, Cimrman dyktował ją wszystkim 27 uczniom. Jeszcze do niedawna żyli ostatni, którzy chwalili się, że byli tzw. żywą kopiarką Cimrmana.
Ojciec Járy, czeski patriota, pochodził z Liptakova i przez całe życie nie mógł o tym zapomnieć. Zygmunt Freud, który szył w jego wiedeńskiej pracowni zimowe palto, zdiagnozował u Leopolda nerwicę natręctw, a właściwie jej odmianę, którą wprowadził potem do nauki jako telepatriotyzm.
Krawiec podczas szycia miał przywidzenia, że jest małym chłopcem i w rodzinnym Liptakovie próbuje cukierków z miodu. Wkładał wtedy bezwiednie do ust metalowe guziki, po czym ssał je i połykał. Jego organizm nie umiał ich strawić, w rezultacie usunięto mu operacyjnie 87 guzików.(Po pozbawieniu żołądka ciężaru ojciec nabył obsesji, że jest za lekki i uleci w powietrze; z tego problemu także leczył go Freud).
Wróćmy jednak do rozrzutu lat urodzenia Járy Cimrmana. Polski badacz Paweł Leszczyński skłania się do teorii, że wynika on z manii geniusza. „Jedną z jego obsesji - pisze Leszczyński za cimrmanologami czeskimi - było nieustanne niszczenie i fałszowanie jakichkolwiek informacji na swój temat, począwszy od fotografii, a skończywszy na oficjalnych dokumentach.
Cimrman chciał w ten sposób zapobiec tworzeniu swojej legendy, uznając przede wszystkim wagę czynów, a nie suchych faktów i dat”.
Prawdopodobnie zacieranie śladów doprowadziło do tego, że nie jest znany niemal żaden wizerunek Járy Cimrmana. Istnieje jego autopopiersie z kamienia, na którym zanikły już rysy twarzy, ponieważ przez dziesiątki lat rzeźba służyła jako manekin w zakładzie kapeluszniczym. Na popiersie wkładano filcowe kapelusze i formowano je gorącą parą.
Zachowało się za to jedno jedyne zdjęcie przyszłego geniusza - ma na nim około roku.
Widzimy go tu z siostrą bliźniaczką, ale niestety, nie wiadomo, które z dzieci to Jára.
Zauważmy, że jedno z nich unosi lewą dłoń z przegiętym nadgarstkiem - i na tej podstawie sądzi się, że jest to dziewczynka. Niemniej kiedy pojawiła się pogłoska, że Jára Cimrman był także homoseksualistą, uznaje się możliwość, że dziecko z przegiętym nadgarstkiem jest płci męskiej.
Sporo pisało się o traumie, jaką Jára przeżył w młodości.
Rodzice do 16. roku życia ukrywali przed nim, że jest chłopcem, bo chcieli, żeby donosił ubrania po starszej siostrze. Wracając do dat urodzenia. Istnieje też inna teoria. Dzięki niej w Czechach przez wiele lat obchodzono setną rocznicę urodzin geniusza. Do tej wersji skłania się polska badaczka Magdalena Domaradzka. Oto fragment wykładu na temat Cimrmana w Pradze w 1992 roku, jaki Domaradzka cytuje w swojej pracy:
"Również w tym roku obchodzimy setną rocznicę urodzin Járy Cimrmana. Dzięki proboszczowi IV parafii w Wiedniu Franzowi Huschkowi, który większości zapisów w księgach dokonywał w stanie nietrzeźwym, nie da się z pewnością powiedzieć, czy małżonkom Marlenie i Leopoldowi Cimrmanom urodził się synek mroźnej nocy w lutym roku 1857, 1864, 1867 czy 1892. Zapisy sugerują nawet rok 1893. A więc i w przyszłym roku minie 100 lat od dnia jego narodzin".
Nie wiadomo, kiedy Cimrman umarł. Przyjmuje się, że zniknął w pewnym momencie, ale nikt nie wie, w jaki sposób, kiedy i gdzie.
Po sensacyjnym odnalezieniu jego spuścizny w 1966 roku (teoretyk muzyki dr Hedvabný chciał zbudować w swoim domu w Liptakovie kominek i znalazł w ścianie skrzynię z dramatami, partyturami i szkicami Cimrmana) wystawiono pierwszą sztukę "Akt". Od razu było wiadomo, że jest to czeski dramaturg wszech czasów.
Najlepiej wyraził to scenarzysta i aktor "Butelek zwrotnych" i "Koli" Zdenek Sverák:
"Można w to wątpić. Można się z tym nie zgadzać, ale to jedyne, co przeciwko temu da się zrobić". Od 1992 roku działa w Pradze Teatr Járy Cimrmana na Żiżkowie (www.zdjc.cz), który wystawia 15 z 29 odnalezionych sztuk mistrza. Kolejki po bilety ustawiają się tam od siódmej rano.
W ciągu dziesięciu lat udało mi się obejrzeć tylko jedno przedstawienie, co - jak mnie przekonywała jedna z bojowniczek o bilety - i tak jest sukcesem.
Ponieważ nie wiadomo, od kiedy Cimrman nie żyje, można założyć, że przez nikogo nierozpoznany mógł widzieć pierwsze wystawienia swoich sztuk w komunistycznej Czechosłowacji.
Od czasu, kiedy po raz pierwszy publicznie zaprezentowano dokonania czeskiego geniusza (w słynnym programie radiowym nadawanym na żywo z bezalkoholowej winiarni Pod Pająkiem w Pradze), jego sztuki stały się modne i są modne do dzisiaj.
W Polsce przez ostatnich 20 lat nie pisało i nie mówiło się o tym za wiele ze względu na estymę, jaką cieszy się w naszych elitach intelektualnych dramaturg Václav Havel.
Dramaturgia Cimrmana to teatr między operetką a Ibsenem. Ktoś nazwał jego sztuki "bajkami deformowanymi przez logikę i doświadczenie dorosłych". Ma na koncie więcej różnorodnych dokonań dramaturgicznych niż Havel, bo i monumentalne dzieła historyczne, i farsy, i musicale.
Jedna ze sztuk świadczy - zdaniem znawców - że Jára Cimrman dożył jednak sędziwego wieku. W dramacie "Śliwka" - z podtytułem "Sceniczny sklerotykon" - większość postaci to ludzie bardzo starzy, dialogi są po raz pierwszy rwane i niedokończone, jakby opuszczały fabularne koryto rzeki, tworząc ślepe laguny, z których nie ma już powrotu.
Wszyscy są zgodni, że tylko bardzo dojrzały twórca mógł tak idealnie pokazać, jakie piętno starość odciska na mózgu. Cimrman przedstawia dwie komplementarne wady umysłu starego człowieka: nie ma on już zdolności utrzymania myśli i za nic nie opuści tej myśli, którą ma.
Obserwując potencjał intelektualny aktorów, Cimrman stworzył słynny w Czechach i Austrii Dekalog Aktora. Oto pierwsze cztery przykazania:
  1. Pamiętaj, że na scenie nazywasz się inaczej niż w życiu. Dobrze jest znać imiona pozostałych postaci.
  2. Emocje wyrażaj raczej tyłem do publiczności. I śmiech, i płacz najlepiej wyrazisz ruchem ramion.
  3. Za przedmioty rzucane na scenę nie dziękuj.
  4. Przy podpowiedziach suflera nie powtarzaj wszystkich zdań, niektóre są dla twoich kolegów. Jako wizjoner teatru Jára Cimrman doprowadził do najciekawszego eksperymentu w teatrze europejskim I połowy XX wieku. (Streszczam za doc. Jirzím Šebánkiem, który omawiał go na IV Salonie Járy Cimrmana w 1970 r.). Czech miał ambicję pokazać w teatrze monumentalny kalejdoskop historii, zaczynający się od bitwy pod Termopilami, z powstaniem bokserów w Chinach na finał.
Widowisko usytuował w amfiteatrze o długości ośmiu kilometrów. Tak wielkiej sceny widz nie mógł zobaczyć nawet przy użyciu lornetki, dlatego za zezwoleniem c.k. kolei scenografię przedstawienia ustawił wzdłuż trakcji między Tešeticami a Vrkutami, gdzie pociągi zwalniały bieg, a pasażerowie z okien i dachów wagonów obserwowali akcję. Kiedy pociąg wracał, widzowie mieli wyjątkową możliwość oglądania przedstawienia od końca do początku.
Ówczesna prasa pisze, że w trakcie najbardziej sensacyjnych scen kolej odnotowała wiele przypadków użycia hamulców bezpieczeństwa i z tego powodu szybko wycofała się z koprodukcji.
Cimrman w latach 90. XIX wieku zbudował od podstaw teatr lalkowy w Paragwaju. Przy tej okazji wynalazł tzw. ożywione drewno.
Podczas swojej pracy politycznej z paragwajską biedotą napotkał problem, jak wytłumaczyć jej pojęcie "rząd marionetkowy". Zaczął więc rzeźbić lalki z drewna. Cóż, lekcje Cimrmana nie satysfakcjonowały naiwnych widzów: "Ministrowie przecież nie są tak mali!" - krzyczeli. Z dnia na dzień rzeźbił więc większe lalki, aż w końcu kupił w fabryce odzieży Peréz kilka manekinów wystawowych. Biedota przywitała te figury z zachwytem.
Niestety, po kilku przedstawieniach "Marionetkowej junty" on i jego pomocnicy byli tak wyczerpani poruszaniem manekinów, że doszło do przełomu. Przełom ów wstrząsnął teatrem lalkowym jako takim. Otóż Cimrman zastąpił manekiny żywymi aktorami i właśnie na nich zaczęto mówić "ożywione drewno". Aktorzy ci byli bez talentu, choć prowadzeni linkami za rękę, poruszali się także o własnych siłach. Dlatego też Cimrman mógł zastąpić prowadzących lalki półprowadzącymi, którzy pracowali za połowę pensji.
Od lat co jakiś czas odnajdują się nowe dzieła Cimrmana i warto zauważyć, że jeśli teksty dramatyczne mają tytuły przeciętne, bez polotu, to
nazwy jego utworów muzycznych zawsze skrzą się od humoru, np. "Jazzuici" (chorał), "Fokstrotyl" (fokstrot), "Fałszywa polędwica" (uwertura dysharmoniczna), "Majonez" (polonez), "Przenikliwy biszkopt" (sonata na dwa flety i piszczałkę). Pojechałem niedawno do Pragi na wykład o dokonaniach operowych Járy Cimrmana.
Do jego pierwszego kontaktu ze światem opery doszło w 1882 roku, kiedy dla Theater an der Wien przygotował fortepianową windę.
Skrócił tym i ułatwił sześciu tragarzom codzienne transportowanie fortepianu z sali prób w suterenie na scenę i z powrotem po schodach.
Strasznie niszczyło to instrument. Rok później napisał już dla tego teatru pierwszy kuplet.
Operę "Proso" stworzył na polu pod Warszawą. We wrześniu 1895 roku ze swoim przyjacielem hrabią Ferdynandem Zeppelinem wylecieli sterowcem do Brukseli. Jednak nieprzyjazny wiatr zepchnął ich aż do Polski. Zeppelin uniknął zderzenia z drzewami, lądując na świeżym ściernisku. Przez to płaszcz sterowca uległ wielokrotnej perforacji. Ponieważ przy wychodzeniu z kosza Jára zwichnął nogę, hrabia zalepiał dziury, a Jára Cimrman wykorzystał przerwę do napisania siedmiogodzinnego fresku operowego "Proso", który zaczyna się od sceny, kiedy pod Glasgow na pustkowiu, w biednej serbskiej rodzinie, rodzi się bogaty hrabia Nikolić.
Dr Jan Hrabeta przedstawił podczas wykładu specyficzny Cimrmanowski sposób zapisu nut. Otóż kompozytor nie używał papieru nutowego. Przez pewien czas interpretowano to wysoką ceną liniowanego papieru w tamtych czasach.
Jára kreślił na papierze gładkim, a pięciolinię miał wyrysowaną na ruchomej podkładce, którą kładł pod arkusz. Z biegiem czasu znawcy ustalili, że powodem nie była wysoka cena, ale kwestia transpozycji. Jednym prostym ruchem przesuwał podkładkę w dół lub w górę i już miał utwór przetransponowany, co ułatwiało pracę muzykom.
Cimrman, w odróżnieniu od wszystkich ówczesnych kompozytorów, nie wykorzystywał w uwerturach ani pobocznych, ani tym bardziej głównych motywów melodycznych. Na przykład w uwerturze do operetki "Knajpa na polance" nie znajdziemy ani jednej muzycznej myśli. Cimrman pracuje tu wyłącznie z muzycznymi pauzami. Tak więc stwarza atmosferę pełną napięcia; stopniuje ją nieustannym przeplataniem elementu oczekiwania i elementu rozczarowania. Jest to przykład jego sławnych "kompozycji frustracyjnych".
Po takiej uwerturze niezaspokojony słuchacz tym łapczywiej wita pełne muzycznie części samej operetki.
W tym kontekście blednie późniejsze (o wiele dekad!) dokonanie Johna Cage'a, który w 1952 roku stworzył sławny utwór 4'33'', znany jako "cztery i pół minuty ciszy" - utwór bez jednego dźwięku.
Nie wszystkie pomysły czeskiego geniusza były jednak udane. Jako librecista chciał osiągnąć doskonałość absolutną, dlatego niepokoiła go kwestia rymu. Rymy dokładne, takie jak "życie - mycie" czy "brała - dała", uznawał za półrymy.
Słuchacz - według Cimrmana - miał prawo do całkowitego współbrzmienia. To doprowadziło kompozytora do teorii rymu absolutnego. Jej fundamentem jest twierdzenie, że rym absolutny można stworzyć wyłącznie przez powtórzenie słowa. Jak w jego operze "Janowice Węglarzowe":
Kochałem dziewczę piękne/ Oczy miała bardzo piękne/ Włosy miała bardzo jasne/ Co dla ludzi było jasne/ Kiedy rano się obudziła/ Wtedy się już obudziła.
Cóż, wymagający słuchacz - jak zauważył prof. Pavel Vondruška - nie obroni się przed poczuciem, że doskonałość rymu osiągnięto tu ze szkodą dla treści.
Za to niewątpliwym wkładem Járy Cimrmana w historię fotografii światowej jest absolutnie oryginalna idea zdjęcia, na którym nic nie widać.
Pecha miał wynalazek zgłoszony w londyńskim Patent Office - bar dla psów (na zdjęciu). Bary te produkowała firma kamieniarska Stones and Sons. W wyniku złośliwości przechodniów szybko zostały usunięte. Ludzie bowiem w nocy masowo nalewali do nich alkohol.
Miejsce na tę skromną prezentację geniusza wszech czasów się kończy.
Odnotuję jeszcze, że nie bez powodu odsłonięto niedawno w Sudetach w miasteczku Tnavald pomnik Cimrmana, na którym nie można go zobaczyć. Jest to bowiem "Jára Cimrman we mgle".
  • CZĘŚĆ 2: Jára Cimrman w realu
Nie ma Czecha, który by nie wiedział, kim jest Jára Cimrman, chociaż nie istnieje i nigdy nie istniał. To geniusz wymyślony. Jednak naród czeski otacza go kultem.
Oto sześć elementów, bez których trudno zrozumieć ten fenomen.
Po pierwsze: garść prawdy.
Teatr Járy Cimrmana na Żiżkowie rzeczywiście działa, a kolejki po bilety rzeczywiście ustawiają się od rana.
Wystawa w Muzeum Narodowym naprawdę się odbyła i naprawdę została otwarta w dzień patrona Czech.
Patriotyczny spektakl "Czeskie niebo" (rękopis rzekomo znaleziony w cukrowni) miał premierę dokładnie w 90. rocznicę powstania Czechosłowacji, w 2008 roku.
W 2009 roku ukazało się pełne wydanie wszystkich dramatów Járy Cimrmana i wykładów o nim (z którego zaczerpnąłem część powyższych informacji).
W 2010 roku bardzo efektownie (i drogo) wydano faksymilia odnalezionych dokumentów i zapisków geniusza.
Cimrman ma swoje ulice w Brnie, w Ołomuńcu i w czterech innych miejscowościach. Jest też nabrzeże Járy Cimrmana w Lipniku, który w ogóle nie leży nad wodą.
W 2005 roku Czesi wybierali największego Czecha w ogólnonarodowym konkursie na licencji BBC. Telewidzowie mogli głosować, na kogo chcą. W półfinale okazało się, że wygrywa Jára Cimrman. Telewizja czeska wydała oświadczenie, że zgodnie z zasadami konkursu nie może w nim startować osoba nieistniejąca. Liczba ataków, głosów krytycznych i listów, jakie musiała po tym na siebie przyjąć, była niespotykana. "Najważniejsze, że Jára Cimrman istnieje w naszych głowach" - napisał jeden z telewidzów.
BBC Worldwide oznajmiło, że konkurs ma na celu dyskusję, co jest fundamentem wielkości i jak się do tego fundamentu ma spuścizna danego bohatera narodowego oraz jego cechy. A postać wymyślona nie ma własnych cech - ma tylko cechy, które ktoś dla niej wymyślił. Cimrmana usunięto więc z dalszej rywalizacji. (Konkurs wygrał cesarz Karol IV, który wygrał także plebiscyt niemiecki).
To naprawdę unikat - napisał w "Lidovych Novinach" Vladimír Just, znany eseista i krytyk teatralny - modelem identyfikacyjnym z historii jest dla wielu Czechów mistyfikacja literacka.
"-Największy Czech to fikcja - powtórzył zadowolony kioskarz, u którego kupowałem tę gazetę. - I co z tego? Zawsze, proszę pana, kluczyliśmy, szwejkowaliśmy. Cimrman jest dla nas dobry, bo nie musimy stykać się z prawdą. A upieranie się przy prawdzie od czasów Habsburgów nie wychodziło u nas nikomu na dobre."
Po drugie: pomysł.
"Oszustom", czyli twórcom Járy Cimrmana, do głowy nie przyszło, że ich pomysł wytrzyma z sukcesem ponad 40 lat. Byli przekonani, że już druga sztuka, jaką napiszą w imieniu Cimrmana, będzie ostatnią.
Kiedy w programie radiowym - podczas "transmisji" z nieistniejącej bezalkoholowej winiarni Pod Pająkiem w 1966 roku - ogłosili, że oto odnaleźli pozostałości po wielkim geniuszu, wielu dało się nabrać.
Ladislav Smoljak (zmarły niedawno reżyser filmowy i aktor, obok Zdenka Sveráka jeden z głównych twórców fenomenu) tłumaczył, że wszystkie żarty i informacje o Cimrmanie mają być zawsze balansowaniem na granicy wiarygodności.
Dowcipy te nazywał dowcipami z opóźnioną eksplozją. Niewinne zdania, które "udają zdania normalne, wślizgują się do głowy widza i eksplodują dopiero w nim". Czytamy o geniuszu i trzeba sekundy, dwóch, żebyśmy złapali, że przecież w biednej serbskiej rodzinie nie może urodzić się bogaty hrabia Nikolic.
Jirí Šebánek, jeden ze współpomysłodawców, którego drogi ze Smoljakiem i Sverákiem rozeszły się dość szybko, preferował - jak mówił Smoljak - zbyt czarny humor. Rozgłaszał na przykład, że geniusz powoli pozbawiał się swoich organów wewnętrznych i w końcu chodził po świecie jako pusta cielesna skrzynka. Zaś Cimrman, uważali koledzy, nie może przy pierwszym wrażeniu wydawać się nieprawdopodobny.
Po trzecie: mistyfikacja jako gatunek narodowy (użyję pojęcia krytyka Justa).
W 2009 roku rzeźbiarz David Cverný wystawił w Brukseli głośną instalację "Entropa" na temat narodowych stereotypów w Europie. Rząd czeski zapłacił za udział 27 europejskich artystów w tym projekcie, ale szybko okazało się, że całe dzieło powstało w pracowni Czecha, zaś twórcy, ich życiorysy i strony internetowe zostały sfingowane.
W 2003 roku dwóch filmowców stworzyło wielką kampanię reklamową nieistniejącego supermarketu Czeski Sen i nakręciło antykonsumpcjonistyczny w swojej wymowie film o Czechach, którzy dali się nabrać na reklamę.
W 1911 roku Jaroslav Hašek (pięć lat przed powstaniem dadaizmu) stworzył fikcyjną Partię Umiarkowanego Postępu (w Granicach Prawa). Partia miała udawane mityngi wyborcze i fikcyjnych kandydatów. Przemówienia, odezwy i dokumenty partii to cały tom książki, z rozprawą przewodniczącego Haška "Największy pisarz czeski Jaroslav Hašek" na czele.
W 1817 r. czeski badacz Václav Hanka sfabrykował, a potem "znalazł" w mieście Dwór Królowej nad Łabą rękopis z XII wieku. Opiewano w nim wierszem zwycięstwa Czechów nad różnymi najeźdźcami. (Potem cudownie znalazł się jeszcze następny rękopis). Oba posłużyły do budowania tożsamości nie tylko czeskiej, lecz także słowiańskiej, miały być dowodem, że naród czeski wcześnie osiągnął wysoki stopień kulturowego i literackiego rozwoju.
Ponad sto lat trwała walka przeciwników i zwolenników rękopisów. Kto ośmielił się uznać je za falsyfikat, natychmiast był izolowany społecznie, opuszczony i szykanowany. Taki los spotkał sławnego czeskiego księdza, patriotę i językoznawcę Josefa Dobrovskiego, bo napisał: "Nie mamy prawa szczycić się skłamaną historią. Wystarczy nam to, co w niej jest prawdziwe. Kłamstwa zostawmy tym, którzy oprócz nich nie mają nic innego".
Po czwarte: popyt.
W pierwszym zdaniu ważnej czeskiej książki eseisty Josefa Jedlicki "Czeskie typy albo Popyt na naszego bohatera" (1992) czytamy, że czeska literatura nie ma żadnego bohatera z prawdziwego zdarzenia. Można ją przeorać na wszystkie sposoby, a nikogo w typie Rolanda, Parsifala, Robin Hooda, Tarasa Bulby czy Don Kichota się nie znajdzie. Oczywiście istniał św. Wacław, Hus czy Żiżka, ale są to postacie historyczne, a szukamy kogoś, w kogo można wlać standardowe wspólne wyobrażenie bohatera.
Cimrman jest więc, być może, wynikiem frustracji.
Po piąte: znaczenie Járy Cimrmana.
Celnie wyraziła to najbardziej znana w świecie czeska dokumentalistka Helena Teštíková.
Jako świeża absolwentka szkoły średniej z komunistycznej Czechosłowacji wyjechała do luksusowej willi na przedmieściach Bonn jako opiekunka do dzieci. Przeżyła szok, gdy po raz pierwszy w życiu zobaczyła zmywarkę do naczyń. Chciała swoim gospodarzom opowiedzieć o życiu kulturalnym Pragi, o filmach i spektaklach.
"Pierwsze nieporozumienie nastało - napisała niedawno w swoim blogu - kiedy usiłowałam opowiedzieć o niealkoholowej winiarni Pod Pająkiem i objawieniu naszego narodowego geniusza Járy Cimrmana.
Nie mogli zrozumieć, dlaczego taką osobę adorujemy, podziwiamy i z czego się śmiejemy. Wtedy właśnie poczułam swoją samotność. Po pewnym czasie doszła niechęć do miejsca, w którym się znajdowałam. Żadna zmywarka nie mogła wypełnić poczucia pustki, nudy, braku inspiracji i nieporozumienia".
Do tego przyszedł sierpień 1968 roku, wojska Układu Warszawskiego najechały Czechosłowację. Jej gospodarze zaproponowali, żeby została w Niemczech na stałe. "Nie, stokroć nie - mówiłam sobie. W kraju, gdzie do każdego dania musi być inna serweta, gdzie myśli się, że największym przejawem ludzkiego ducha jest auto marki Mercedes, a nie rozumie się Cimrmana, żyć nie będę!
W luksusowej kuchni oglądałam telewizję i widziałam radzieckie czołgi na ulicach Pragi. Za każdą cenę do domu! Mogę z czystym sumieniem potwierdzić, że geniusz Jary Cimrmana swoim magnetyzmem przyciągnął mnie z powrotem do ojczyzny".
Niedawno korespondent czeskiego radia w Warszawie Petr Vavrouška spytał, dlaczego tyle mówimy w Polsce o patriotyzmie. Obserwował ubiegłoroczne kampanie wyborcze w Czechach i w Polsce. - W Polsce - powiedział - każdy polityk z każdej opcji mówił o patriotyzmie. W Czechach - żaden. Czego wy, Polacy, tak się boicie?
Być może, proszę państwa, uwielbienie dla Járy Cimrmana - w kulturze, gdzie tak mało mówi się o miłości do ojczyzny i niechętnie to uczucie nazywa - to forma patriotyzmu.
Po szóste: jedna odpowiedź.
Pytam Czechów o ich geniusza przy różnych okazjach. - Jak możecie wierzyć w kogoś, kto nie istnieje?
"-Ale to zupełnie tak jak u was, w katolickiej Polsce, prawda?"
źródło: http://wyborcza.pl/7,161389,22871277,falszywa-poledwica.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2017.07.08 19:03 ben13022 Prof. Jan Zielonka: Jeżeli ktoś mówi, że wyborca zgłupiał, to dla mnie nie jest demokratą [Wywiad]

Liberalizm to jest pakiet, który działa tylko w całości. Nie można zgadzać się na sprzeczne z liberalizmem nierówności społeczne, tak jak nie można się zgadzać na hasła rasistowskie i tortury. Rozmowa z Janem Zielonką, profesorem polityki europejskiej na Oksfordzie
GRZEGORZ SROCZYŃSKI: „Zdradziliśmy nasze wolnościowe ideały, tolerowaliśmy dzikie nierówności i niszczenie państwa opiekuńczego, napadaliśmy inne kraje z wątpliwych powodów, torturowaliśmy więźniów i zawsze mieliśmy jakieś dobre usprawiedliwienia dla tych wszystkich praktyk. Ale nie powinniśmy się dziwić, że wyborcy chcą teraz kogoś innego” – mówił pan miesiąc temu w Brukseli. W czyim imieniu?
JAN ZIELONKA: Liberałów. Czuję się społecznym liberałem.
Takie bicie się w piersi ma sens?
Posłańca?
„Establishment musi zapłacić za to, co zrobił” – to pana słowa. Brzmi jak z wiecu Donalda Trumpa lub Marine Le Pen.
Pan też?
Presji?
Dentystę?
Tamci nie są gorsi?
Większy niż ten, który jest?
Czyli jakie?
Kontrrewolucji?
Podobnie uważa publicystka „The Washington Post” Anne Applebaum. W co drugim felietonie udowadnia, że lewicowy i prawicowy populizm są tak samo okropne. Adam Michnik pisze: „Zalewa nas kretynizm prawicowy i kretynizm lewicowy”.
I idzie jakiś nowy?
Pomyślał. Pan na przykład wydał książkę „Koniec Unii Europejskiej?”.
Bo?
Chyba inaczej. Chcą, żeby te państwa się połączyły w jeden organizm ze wspólnym sprawnym rządem.
Mówiliśmy o kryzysie intelektualnym. Pracuję na największym wydziale nauk politycznych w Europie i do dziś nie ma tu nikogo, kto rozumie nieformalne układy, sieci i powiązania. Wciąż w naukach politycznych wałkujemy partie i systemy partyjne. Tak jakby te partie miały dziś jakiekolwiek znaczenie. Starałem się ostatnio dotrzeć do informacji, jaki jest przeciętny wiek członka brytyjskiej Partii Konserwatywnej. Wyszło mi, że 74 lata. Zrobiła się chryja, że źle policzyłem, nakłamałem, bo – jak ktoś udowodnił – ten średni wiek to nie 74 lata, tylko 68 lat. I co z tym robić?
Nie wiem.
Rynki finansowe i rynki surowcowe to są siły, nad którymi nikt nie panuje.
No tak.
Czyli jaki?
Światowe ministerstwo praw człowieka?
Gdzie?
Jak?
Nie będzie?
Eksperymenty?
No ale kupili.
Juncker się zmienił. Mówi tak: „Musimy się zająć źródłami niezadowolenia ludzi i chronić ich przed ciemnymi stronami globalizacji”. Zapowiada walkę z nierównościami.
Juncker zapowiada likwidację rajów podatkowych. Zna się na tym, bo wie z praktyki, jak działa optymalizacja podatkowa. Ostatnio dosolił 13 mld euro firmie Apple za unikanie podatków.
To znowu brzmi jak cytat z Trumpa albo Farage’a.
Takie krytykowanie nie napędza populistów?
Kontrrewolucja jest do powstrzymania?
Może trzeba się przyłączyć?
Iść z nimi do łóżka?
Happy endem?
Może przyjdą.
To gdzie iść?
Czyli co robić?
Czyli?
Ale z tego walenia się w pierś nic nie wynika. Kompletnie nic. Pan powie z Brukseli „schrzaniliśmy”, koledzy pokiwają głowami. I tyle.
Trumpowi, Le Pen i Putinowi.
Czyli obóz liberalny ma złożyć broń i się rozejść.
*Jan Zielonka – ur. w 1955 r., profesor polityki europejskiej na Oksfordzie i w Ralf Dahrendorf Fellow w St. Antony’s College. Po polsku wyszły dwie jego książki: „Europa jako imperium” oraz „Koniec Unii Europejskiej?”
źródło: http://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,21095598,jan-zielonka-nie-bedzie-jak-bylo.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2017.07.07 10:46 ben13022 Rozmowa przy wycinaniu lasu

Błażej Strzelczyk: Państwo mają dom na drzewie!
Elżbieta Malzahn: Prawda, że ten klon jest piękny?
Wyrasta jakby spod domu.
EM: Przem, pamiętasz, jak to było? Myśmy go wsadzili?
Przemysław Malzahn: Nie, to jest samosiejka. Kiedy się tu wprowadzaliśmy, już wyrastał. Wtedy miał pień grubości chudej ręki.
No to się rozrósł.
PM: Jakieś pięćdziesiąt lat. Elżbieta, a pamiętasz, jak tu przyjechali robotnicy, co mówili?
EM: Co robotnicy mogli mówić? Kazali ściąć. Było podejrzenie, że zepsuje werandę.
Bo przecież korzenie od spodu rosną, prawda?
EM: O, mówi pan jak ci robotnicy: „Korzenie mu rosną od spodu, podniesie wam werandę”.
PM: No bo pewnie podniesie.
I co Pani na to?
EM: Robotnikom powiedziałam, to i wam, chłopcy, powtórzę, że żadnego ścinania nie będzie. A jak drzewo zepsuje mi werandę, to sobie wtedy tę werandę wyremontujemy.
PM: I trzeba będzie wydać parę tysięcy, bo jak pójdzie od werandy, to i dach uszkodzi.
EM: No i trudno. To drzewo jest! Ten klon się nami opiekuje, więc musi zostać.
PM: Pięknie.
EM: Tak samo jak ten świerk (podchodzi do okna). Niech pan spojrzy. Posadziliśmy go, gdy się wprowadzaliśmy.
PM: E, chyba nie, to było na pierwsze urodziny Miłki?
Miłka to córka?
EM: Córka. Ale mylisz się, kochany, wprowadziliśmy się i go zasadziliśmy. I od tego czasu taki nam ogromny wyrósł.
Ale zacienia ogród.
EM: Co zrobić. Rzeczywiście trochę w złym miejscu rośnie.
Ale wtedy miałam, wie pan, mniejszą wyobraźnię, co się może stać z małym drzewkiem. I jaka siła w drzewie drzemie. W tej chwili jest ogromny, przepiękny świerk.
Świerk w Białowieży to kwestia sporna.
EM: Akurat tego, niech pan sobie wyobrazi, kornik nie zaatakował.
PM: Ale stracił wierzchołek, przy wichurze.
EM: Racja. Był kiedyś silny wiatr. Całe szczęście spadł na drogę i nikomu nie zrobił krzywdy. Ani drzewom, bo obok rosły owocowe, ani człowiekowi, ani zwierzętom. Grzecznie się złamał.
Kiedy się tu Państwo wprowadzili?
EM: Tu, do domu, czy tu, do Białowieży?
A to jest który Państwa dom w Białowieży?
PM: Drugi.
EM: Przez chwilę mieszkaliśmy w takiej małej chałupce. Właścicielami byli Białorusini, od których nadleśnictwo wynajmowało część domu. W jednej części mieszkaliśmy my, w drugiej ci Białorusini.
Ustalmy fakty: Pan jest leśnikiem, Pani biologiem. Przyjechaliście do Puszczy Białowieskiej do pracy.
PM: Tak jest, ale poznaliśmy się w Żyrardowie, jeszcze w liceum. Później poszliśmy na studia. Skończyłem rok później, i pojawiło się pytanie, gdzie znajdziemy pracę. Ja stawiałem na swoim, chciałem pracować w ciekawych lasach.
To były lata 70.?
PM: No, poczekajcie. W grudniu ’68 roku się pobraliśmy…
EM: To nieważne.
PM: ...i mnie się udało dostać staż w Białowieży, więc przyjechałem tu jakoś na przełomie ’69 i ’70 roku. Po stażu zarabiałem 1054 złote. Co pozwalało mi wtedy na opłacenie bieżącej konsumpcji, jeden wyjazd do Warszawy, do Elżbiety, i paliwo do motocykla.
Czyli pierwszy dom w Białowieży to chałupka Białorusinów.
EM: Tak. Z toaletą na zewnątrz. Kawałek, trzeba powiedzieć, się szło. Trzeba było założyć kalosze. I w tej sławojce były takie (pokazuje swoją dłoń) pająki. Chodziłam z latarką do tej toalety, bo niczego się tak nie boję jak pająków.
PM: A pamiętasz, jakie tam gniewosze były?
EM: Masz rację, były. Czasem całkiem długie.
PM: Od pół metra do 70 centymetrów miały na pewno.
EM: I to była właśnie puszcza. Przyjechałam z Warszawy do czegoś takiego.
PM: Miejska panienka.
EM: I jak spałam w łóżku, to miałam latarkę, tak profilaktycznie, dla bezpieczeństwa. Pewnego razu machinalnie rzuciłam snop światła na kuchnię, a tam po stoliku biegały sobie myszki. To był survival pełną gębą.
Dlaczego akurat Białowieża?
EM: (wychodzi do kuchni, po herbatę)
PM: Bardzo chciałem pracować w ciekawym lesie. Więc myślałem sobie o trzech potencjalnych miejscach. Bieszczady. Kadyny. Puszcza Białowieska.
Co to znaczy, że las jest ciekawy?
PM: Piękne drzewostany mieszane. Przyjechałem tu pierwszy raz w 1961 r. i urzekło mnie, że tu jest dużo drzew liściastych, sporo iglastych. W każdym razie: las mieszany z bardzo bogatym runem i strukturą. Pomyślałem, że fajnie byłoby tu pracować.
To jest wymagający las?
PM: Dla leśnika bardzo. Przede wszystkim dlatego, że nie da się w Białowieży stosować prostych schematów.
To znaczy?
PM: Wie pan, cała praca leśnika opiera się na empiryzmie.
Przede wszystkim bazujemy na przekazach poprzednich leśników i ich zapiskach. Leśnik chodzi po lesie, obserwuje, widzi zmiany, później je zapisuje. Ale w tym lesie schematy czasem nie działają. Trzeba kombinować, myśleć daleko w przód.
I co Pan robi jako leśnik?
PM: Proces lasotwórczy w warunkach, jakie mamy w tej części Europy, trwa od 600 do 800 lat. Był pan teraz w lesie?
Tylko przy drodze, bo Pana koledzy go przecież zamknęli.
PM:No tak, ale gdyby wszedł pan głębiej, to zobaczyłby pan piękny las. I gdyby go zostawić samemu sobie, bez ingerencji, to taki sam las, jaki widzi pan dziś, zobaczy pan dopiero za jakieś 600-800 lat.
Nie zobaczę, nie dożyję.
PM: I to jest rzeczywiście najbardziej przytłaczające w tej pracy. Że efektów nie ma tu i teraz.
Proces zmian w lesie – tak jak w całej przyrodzie – następuje cały czas. Ale las to nie pole, które się zasieje, będzie się doglądało, później się zbierze, zasieje jeszcze raz i za rok znów zbierze.
To co jest rolą leśnika?
PM: Skrócenie procesu odnowienia. Żeby to, co widzimy, nie było dostępne za 600 lat, tylko za 200 albo 300. W ten sposób skracamy naturalny proces.
Ale po co?
PM: Bo to jest produkcja. Trzeba pozyskać surowiec, który da się sprzedać. Co tu dużo mówić.
EM: (wraca z kuchni) O, widzi pan, zaczyna się tradycyjna gadka leśnika.
PM: Ale taka jest prawda. Do tego dochodzi jeszcze robienie taksacji.
EM: Słyszy pan?!
Tak, taksacja.
EM: Czyli co? Wycena lasu!
PM: Nie, nie wycena.
EM: A co niby?
PM: Opis.
EM: Jaki opis? Wycena. Leśnik myśli właśnie tak: drzewo – surowiec – pieniądze.
PM: No i czemu tak mówisz? Taksacja to opis stanu faktycznego!
Czyli?
PM: Zbadanie tego, co rośnie w lesie. Gdzie rośnie. I ile rośnie.
Żeby zrobić kosztorys?
PM: Nie.
Leśnik myśli o lesie w kategoriach finansowych?
PM: Nie.
EM: Tak.
PM: To jest jedna z kategorii.
Najważniejsza?
PM: Nie.
EM: Tak.
No dobrze, ale po co leśnik przyspiesza to naturalne odradzanie się lasu? Nawet jeśli z 800 lat skróci Pan ten proces do 200 lat, to i tak nie zobaczy Pan efektów.
PM: Skraca się odradzanie lasu, żeby szybciej osiągnąć efekt ekonomiczny.
EM: I tak wracamy do punktu wyjścia. W rozmowie z leśnikiem zawsze na końcu są pieniądze.
PM: No dobrze. Ale w skracaniu okresu odnowienia otrzymuje się także efekt biologiczny.
EM: (śmiech) Jaki niby?
PM: Elżbieta! Przecież wycina się czasem jakiś gatunek drzewa, żeby zrobić miejsce innemu, cenniejszemu.
EM: Bez tego waszego skracania las by sobie poradził.
PM: W normalnym, 600-letnim procesie. Natura oczywiście zrobi to sama. Ale my to przyspieszamy. Przez ścinanie drzew w odpowiedni sposób przyspieszamy proces odnowienia.
EM: Sztucznego odnowienia.
PM: Aj, znów by trzeba wykład cały robić.
EM: Wcale nie trzeba. To jest akurat proste i oczywiste.
Bo jest jeszcze, wie pan, odnowienie naturalne. Las potrafi sam sobie wyregulować, co, kiedy i gdzie ma wyrosnąć. A odnowienie sztuczne jest takie, że przychodzi człowiek do lasu i mówi: „no, hola, hola, tu rosnąć nie będziecie, to trzeba wyciąć, tu nasadzić. Ja – mówi człowiek – lepiej wiem, co jak ma rosnąć”.
PM: Znowu nie tak.
EM: Przemek. Przyznaj, że człowiek, w tym przypadku leśnik, cały czas ingeruje. Ja ci to kiedyś mówiłam. Leśnik pracuje jak chłop na polu. Posadził. Hoduje, hoduje. I w odpowiednim momencie wycina.
PM: Ty nie rozumiesz, co to jest odnowienie naturalne i dbanie o nie.
EM: Ja nie rozumiem?
PM: Pielęgnacja odnowienia naturalnego to jest usuwanie innych siewek i sadzonek, które zagłuszają gatunki cenne.
EM: O, widzi pan! „Gatunki cenne”.
Słownik ekonomiczny.
PM: Aleście się uparli. Cenne przyrodniczo!
EM: No, dobrze, że dodałeś.
PM: (odpala papierosa)
A Państwo chodzą tu na spacery?
EM: No pewnie! Gdy Przemek jeszcze pracował, to jeździliśmy głęboko w las. Zbieraliśmy zioła, grzyby. Myśmy się w to wstawili, w ten las. Zalęgliśmy się tutaj i tu już zostaniemy. Taka, powiedziałabym, bardzo głęboka zależność. Czasem jest tak, że zajęci jesteśmy sprawami zawodowymi, domowymi, ogródkiem, ba, ba, ba… i w pewnej chwili stwierdzamy, że „no, musimy pojechać do lasu”. Taka jest potrzeba, żeby jednak tam być, żeby pojechać i się do tego dębu przytulić. Jest coś takiego. To w człowieku tkwi.
Mają Państwo swoje drzewo w tym lesie?
PM: Jest ten dąb na Podcerkwi, pamiętasz?
EM: Oczywiście. Mamy taki dąb, który jest nie tylko nasz, ale też przyjaciół.
Co to za dąb?
EM: Ogromny. Gdybyśmy się wszyscy złapali za ręce i go objęli, to spokojnie dalibyśmy radę dopiero w cztery osoby.
Dąb gruby na cztery osoby!
PM: To żaden wyczyn. Widziałem kiedyś pień, na którym spokojnie dałoby się ustawić wóz z koniem. Ale teraz do tego dębu nie pojedziemy.
EM: Bo las jest zamknięty.
A dla Pani czym jest las?
EM: Przemek uczył mnie rozpoznawać drzewa, także po korze. Dla nas każde drzewo znaczy co innego. Dla mnie najważniejsze jest to, że mam odczucie przyjemności z obcowania z pięknym obiektem przyrodniczym. Drzewa traktuję już jak żywe organizmy, z którymi można się porozumieć. Patrzę na nie emocjonalnie. Zdaję sobie sprawę, że to jest unikalne. A Przemek patrzy fachowo. Okiem fachowca-leśnika. „Ma tyle i tyle objętości – można sprzedać za tyle i tyle”. Puszcza jest specyficznym lasem. Simona Kossak napisała kiedyś, że las jest wrogiem puszczy. Albo mamy puszczę, albo las.
Czym się różnią?
EM: W puszczy jako takiej kładzie się największy nacisk na zachowanie tego, co jest, i tych procesów, które w niej zachodzą. I teraz jesteśmy w momencie krytycznym, bo został zakłócony ten proces.
Przez kornika?
EM: A skąd!
Tak twierdzi ministerstwo.
EM: Kornik jest jednym z elementów tego świata.
PM: Ja panu powiem: kornik stał się idealnym pretekstem do tego, żeby położyć łapę na lesie.
EM: Tu się zgadzamy. Kornik był zawsze. Gradacji kornika po II wojnie było w Puszczy Białowieskiej siedem. Mniejsze albo większe – były opanowywane. Trzeba więc to jasno powiedzieć: nie ma w tej chwili powodu, żeby mówić, że skoro jest kornik, to puszcza zginie.
Kornik atakuje świerki.
EM: Których w puszczy jest 27 proc. Bo tylko świerki są atakowane przez korniki.
A gdy kornik zaatakuje świerk, to co się dzieje dalej? Śmierć? Czy to jeszcze nie koniec?
EM: Oczywiście, że nie. Pojawia się drugie życie drzewa.
Brzmi ładnie.
EM: Drzewo, póki żyje, spełnia swoją rolę. A kiedy umiera, np. zaatakowane przez kornika, to w dalszym ciągu zachodzi w nim masa procesów biologicznych.
Gradacja kornika była zawsze?
EM: Tak. Gradacje trwały po kilka lat i las radził sobie z nimi bez ingerencji człowieka.
Jak?
EM: Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że kornik jest wtórną przyczyną choroby lasu. Istnieje, zapomniana chyba u nas, ale uznana w świecie, teoria spiralnej choroby lasu.
Brzmi skomplikowanie.
EM: Spokojnie. Istnieje wiele czynników, które sprawiają, że las umiera. Po pierwsze mamy przyczyny zewnętrzne, ­predysponujące: m.in. zanieczyszczenie powietrza, czynniki klimatyczne. Potem czynniki inicjujące chorobę: m.in. wiek drzewa, susza, obniżony poziom wody gruntowej; i czynniki współuczestniczące w chorobie, takie jak m.in. kornik.
PM: Świerk w puszczy jest po prostu stary. Dorósł 140 lat i to, jak na świerk, jest imponujący wiek. Trzeba też pamiętać, że świerk ma płytki system korzeniowy, a w puszczy widać wyraźnie wieloletni, obniżający się poziom wody gruntowej. To jest w zasadzie największy problem: brak wody.
EM: I dopiero w takich okolicznościach pojawia się kornik. Kornik jest typowym szkodnikiem wtórnym. Pojawia się dopiero, gdy drzewo jest już osłabione.
I sieje spustoszenie?
EM: Niekoniecznie. Bo właśnie jest coś takiego jak „drugie życie drzewa”. Czyli na świerku zaatakowanym przez kornika zaczyna się nowe życie. Trzeba pamiętać o jeszcze jednej rzeczy. W trakcie gradacji kornika pojawiają się naturalne procesy, które go zwalczają. Bo natura sama potrafi sobie radzić.
Czyli jak wywozimy z lasu drzewo zaatakowane przez kornika, to nie pozwalamy naturze wypracować procesów, które tego kornika zlikwidują?
PM:Tak!
Moment. Wywożenie z Puszczy drzew zaatakowanych przez kornika może tak naprawdę sprawić, że kornik dalej będzie w Puszczy?
EM: Dokładnie! Dlatego że zabiera się naturze możliwość odrodzenia.
To dlaczego oni tną te drzewa?
EM: Nie wiem. Chyba mamy jakiś potworny kryzys wartości.
Czego dotyczy?
EM: Nie patrzymy dalej niż czubek własnego nosa. Wydaje nam się, że to, co nas otacza, jest nasze, i możemy tym gospodarzyć według naszych potrzeb bez oglądania się na przyszłe pokolenia.
Puszcza jest wpisana na listę dziedzictwa UNESCO.
EM: I nie zrobiliśmy tego na złość leśnikom. To jest naprawdę najcenniejszy las w tej części Europy. Teraz słyszymy, że wcale nie jest tak cenny. Odrzucam powody ekonomiczne, bo tu nie ma takiego zapotrzebowania, żeby akurat z Puszczy wywozić surowiec. Są tu w okolicach dużo lepsze lasy produkcyjne – Puszcza Knyszyńska, Augustowska czy Bielska.
A Pan jest za tym, żeby ciąć?
PM: Zręby są potrzebne, mówiliśmy o tym. Natomiast nie w takich okolicznościach. W tym momencie nie są potrzebne zręby zupełne.
Czyli jednak ciąć?
PM: W ograniczonym zakresie.
A Pani?
EM: Zostawić. Ten las ma prawo pokazać nam wszystkie swoje oblicza. Leśnik, niestety, jest zazwyczaj człowiekiem porządnym. Musi być równo i w rządki. Ale my tak tylko mówimy, a pan co myśli?
Gdy przyjeżdżałem, byłem przekonany, że żadnego drzewa ruszyć nie wolno.
EM: Czasem jednak uciąć trzeba. Nie ma wyjścia.
A może mamy problem z patrzeniem na przemijanie?
EM: To znaczy?
Brzydzi nas patrzenie na to, co leży.
EM: To prawda! Natura pokazuje nam swoje różne oblicza. Jest idealną metaforą przemijania. Może coś upaść na ziemię, ale w naturze to wcale jeszcze nie oznacza, że zostało stracone. Na tym odradza się coś nowego. My dziś myślimy jednak w sposób skrajnie pragmatyczny. Upadło, więc trzeba sprzątnąć.
Jesteśmy niecierpliwi.
PM: Tak. W pracy leśnika cierpliwość jest kluczowa.
W pracy mądrego leśnika.
PM: W pracy mądrego leśnika, który jest w stanie patrzeć w przyszłość. I jeszcze bez gwarancji, że zobaczy efekt swojej pracy.
EM: Więc jeśli pan mnie spyta o marzenia, to ja bym bardzo chciała oglądać różne oblicza tego lasu.
PM: Elżbieto, tylko żeby tak było, jednak potrzebna jest siekiera.
EM: Nie.
PM: A chirurg to co, paluszkami ci wyjmuje ślepą kiszkę?
EM: Ale przyznasz, że harvestera to też jednak do tego nie używa.
PM: Zgoda.
Czyli siekiera tak?
EM: Tylko w sytuacjach ostatecznych.
Czyli jest możliwość porozumienia!
EM: Rzeczywiście jest tak, że my mamy różne punkty widzenia na to samo. Kochamy Puszczę, tylko widzimy w niej coś innego.
A były między Wami kłótnie na śmierć i życie?
EM: Na śmierć i życie to nie. W tej chwili to już jest mniejszy problem, dlatego że Przem już nie pracuje w lesie, ma tylko te nawyki człowieka lasu. Natomiast pamiętasz, Przem, jak się kiedyś żarliście z Simoną Kossak? Ona była taką wielką przeciwniczką wycinania drzew w Puszczy.
A Pani płacze, gdy słyszy te piły, które rżną drzewa?
EM: Nie, nie płaczę, ale mnie to boli. Bolało mnie, jak tutaj wycinali we wsi Białowieża drzewa na swoich działkach. Było wolno. Wtedy rzeczywiście robiło się bardzo smutno.
Jest w tym wszystkim miejsce na jakiś kompromis?
PM: Trzeba chyba zmiany mentalności.
EM: Ja nigdy nie byłam zwolenniczką wprowadzania zasady, żeby cała Puszcza była parkiem narodowym. Teraz jednak widzę, że to jest najlepsze wyjście z obecnej sytuacji. Musi być jakiś odgórny przykaz, który sprawi, że nie będziemy jej traktowali jak zwykłego lasu gospodarczego. ©℗
Elżbieta Malzahn jest profesorem nauk przyrodniczych. Była dziekanem Wydziału Zamiejscowego Zarządzania Środowiskiem Politechniki Białostockiej w Hajnówce. Bada m.in. wpływ klimatu na występowanie gradacji kornika w Puszczy Białowieskiej. Mieszka w Białowieży.
Przemysław Malzahn jest leśnikiem. W 1968 r. ukończył leśnictwo na SGGW w Warszawie. Po studiach wyjechał do Białowieży. Był nadleśniczym terenowym i leśniczym w Nadleśnictwie Białowieża. Od 2007 r. na emeryturze.
źródło: https://www.tygodnikpowszechny.pl/rozmowa-przy-wycinaniu-lasu-148853
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2017.01.08 18:44 SoleWanderer Wyborcza.pl - Wywiad ze Stefanem Niesiołowskim

Pani chce, żebym powiedział coś dobrego o Kaczyńskim, a ja chcę zapomnieć, że go znałem - Stefan Niesiołowski mówi w rozmowie z Donatą Subbotko. Artykuł dostępny tylko dla prenumeratorów cyfrowej Wyborczej DONATA SUBBOTKO: Pan profesor poluje? STEFAN NIESIOŁOWSKI: W życiu muchy nie zabiłem.
Na ścianie wisi pana zdjęcie z jakimś trofeum. – Z kaczką. Pozowane, aluzja do Kaczyńskiego. Ale że muchy nie zabiłem, to nieprawda. Zabiłem do badań naukowych.
A prezes powiedział kiedyś, że ma pan świetny życiorys. – Chyba dawno temu?
Potem mówił, że pan się stoczył. – Stacza to się pijak albo przestępca. Dla Kaczyńskiego każdy, kto go nie popiera, jest głupi albo podły.
Niesamowite wystąpienie Stefana Niesiołowskiego [WIDEO]
Może i pan powie o nim coś dobrego? – Nie chcę mówić o nim nic dobrego. Dlaczego?
Przyjaźniliście się. – Jakie to ma znaczenie? On się zmienił. Szkodzi Polsce. Nie powiem, że się stoczył. Po prostu wprowadza w Polsce dyktaturę. Jak Erdogan w Turcji, Łukaszenka na Białorusi, Putin w Rosji.
Moglibyśmy zadać kłam opinii, że pan zieje nienawiścią. – A co mnie obchodzą takie opinie? Pani czytała, co o mnie piszą, jak pokazują? W kaszkiecie NKWD. Albo między Berią, Stalinem, Hitlerem i Tuskiem. Niesiołowski oszalał! Do psychiatryka go! Wampir, morderca, czekista! Zbieram sobie co lepsze wycinki. Całe pudełko mam.
Musi być ogromne. – I oni mają prawo mówić, że zieję nienawiścią? Pani się na to łapie?
Pytam. – Ale tak pani mówi, jakby cień racji w tym był. Proszę przynieść „Gazetę Polską” i porozmawiamy. Pani chce, żebym powiedział coś dobrego o Kaczyńskim, a ja chcę zapomnieć, że go znałem.
Wszyscy, wrogowie Kaczyńskiego
(TELEFON)
– Co? Nie, no, walka jest o Polskę, o wszystko. To rak. Rak, który ma kolejne przerzuty. Co? Nie, nie można się załamywać. Polska przeszła zabory, okupację... Nie przesadzaj, przez jednego kurdupla nie przeżyjemy? No, jest to nieprzyjemne, też się czuję upokorzony... Tę wolność straciliśmy tak łatwo... No trudno, walka trwa, przyjacielu. Musimy iść do parku, poczekamy na wiosnę... Tak, tym razem w gumofilcach.)
To pan profesor jeszcze zbiera owady? – Niedawno motyle hodowałem, dla wnuczki. Zosia ma sześć lat. Kiedy się wykluły, mówi: „Było jajko, gąsienica, z gąsienicy poczwarka, a z poczwarki motyl – i to jest, dziadku, rozwój”.
Bierze pani np. gąsienicę rusałki z liści pokrzywy, trzyma ją w słoiku, po dwóch tygodniach powstaje z tego poczwarka, która pewnego ranka pęka. Najpierw widać czułki, głowę i następuje ten piękny moment, kiedy z poczwarki wychodzi motyl. Siada zmęczony, ze zwiniętymi skrzydłami. Po pół godzinie zaczyna je pompować. Wykonuje rytmiczne ruchy odwłokiem, skrzydła sztywnieją i po dwóch, trzech godzinach motyl jest gotowy do lotu.
Stefan Niesiołowski: Ten świat należy bardziej do owadów, niż do nas
Muchówki poszły w odstawkę? – Nie. Ciągle bardzo mi się podobają, chociaż dla ludzi są wstrętnymi robalami. Zajmowałem się wodnymi owadami. Prace magisterską i doktorską pisałem z meszek, habilitacyjną z muchówek Empididae (wujkowatych), które w Polsce były mało znane. Odkryłem około 20 gatunków, ale jak na grupę niezbadaną, to niedużo. Niektórym nadawałem nazwiska kolegów – w rewanżu. Mój kolega Andrzej Woźnica odkrył w muzeum pod Himalajami nowy gatunek muchówki z rodzaju Suillia , którą nazwał „niesiolowski”. Niemiecki badacz Rüdiger Wagner badał muchówki Psychodidae , po polsku ćmiankowate, i też zrobił mi niespodziankę, nazywając jedną Mormia niesiolowskii .
I jakie one są, te pana imienniczki? – Piękne.
Proszę sobie obejrzeć muchę pod mikroskopem stereoskopowym, powiększoną do wielkości filiżanki, kiedy widać strukturę muchy, pokrywającą ją chitynę, te czułki, włoski, żyłki. A gdy jedną z komórek powiększyć do wielkości tego pokoju, zobaczymy fabrykę, a w niej skomplikowane urządzenia. Tu coś przelatuje, tam się trzęsie, przędzie, nawija, kręci. Przy czym mucha ma takich komórek miliardy. Są tacy, którzy twierdzą, że biologia jest dowodem na to, że Pana Boga nie ma. Dla mnie – wręcz przeciwnie.
Mucha dowodem na istnienie Boga? – Życie w ogóle. Ta nieprawdopodobna komplikacja i celowość, przekazywanie genów. Teoria ewolucji to opisuje, ale nie daje odpowiedzi na pytanie, kto dał początek. Z tego względu trzeba szanować wszystko, co żyje. Nawet muchę.
A mucha ma duszę? – Nie. To znaczy: trudno powiedzieć. Dusza jest atrybutem, przynajmniej za taką uchodzi, boskiego dziedzictwa człowieka. Mucha nie ma boskiego dziedzictwa.
Skąd pan wie? – Nie wiem. Może stąd, że nie ma zachowań muchy, które dałyby się porównać do aktów wyższego rzędu. Chociaż w przyrodzie zdarzają się akty poświęcenia, np. instynktowne u ptaków. A słonie mają rytuał pogrzebowy podobny do naszego. Psy i koty też mają rodzaj więzi... No, ale duszą tego nazwać nie można. Bo co by się z tą duszą działo? Jaki w tym sens?
Musi być? – Wszystko chyba ma sens? Dusza zostaje po człowieku, a co niby te dusze po zwierzętach miałyby robić?
Inna sprawa, że mucha żyje na ziemi od milionów lat niezmieniona, są owady zatopione w bursztynie sprzed 40 mln lat, tymczasem Homo sapiens istnieje ledwie 150 tys. lat. Brytyjski geniusz Stephen Hawking wywróżył, że człowiek będzie żył jeszcze tylko tysiąc lat. A owady będą zawsze, chyba że meteoryt w nas uderzy.
Czyli jesteśmy tutaj gośćmi? Biblia mówi, że człowiek ma panować nad światem przyrody. – Gość też może panować, hitlerowcy przyszli do Polski i przez pięć lat panowali. W tym sensie panujemy, że żadne zwierzę nie jest w stanie nam zagrozić, chociaż jesteśmy bezradni wobec np. szczurów, karaluchów, kleszczy, pasożytów, tasiemców, glist, a także bakterii i wirusów. Są teorie, że na ziemi panują bakterie, ale przecież one nic nie tworzą. I jak wytłumaczyć fakt, że człowiek jako gatunek oddzielił się od pozostałych zwierząt i stworzył filozofię, kulturę, teologię, moralność? Choć pod względem fizycznym jesteśmy prawie nieodróżnialni, mamy 99 procent genów takich jak małpa, to jednak człowiek chodzi do zoo i patrzy na małpy, a nie odwrotnie.
To dowód na naszą przewagę? – Historia ludzkości to historia nie tylko przemocy, ale także pomocy i miłosierdzia. Świat to cudowna całość.
I jeden wielki łańcuch pokarmowy? – Duże fragmenty tego łańcucha nie są złe, miliony zwierząt jedzą rośliny. Nie oceniałbym tego w kategoriach dobra i zła.
Co, mieć do Pana Boga pretensje, że stworzył świat pełen agresji? No, to jest odwieczne pytanie, dlaczego – skoro Bóg jest dobry – jest tyle zła. Nie ma odpowiedzi.
Pytam, bo w polityce od lat pan się deklaruje jako katolik i obrońca wartości chrześcijańskich. – Proszę mnie nie łączyć z tym, co się dzisiaj dzieje z polskim Kościołem, który służy kłamstwu. Księża kłamią, o Smoleńsku na przykład. Udają, że nie dostrzegają ONR, nienawiści, a Duda jest dla nich zesłany przez Boga. Jeżeli kiedykolwiek mówiłem o Bogu, to na pewno nie o Bogu księdza Rydzyka i biskupa Depy.
Polski Kościół to Radio Maryja
No, ale był czas, że Kościół otwarty też panu średnio pasował, jako ten, który prowadzi do dechrystianizacji Polski. – Nie, to Kaczyński mówił kiedyś, że ZChN jest krokiem do dechrystianizacji Polski.
Pisał pan tak na początku lat 90. Różne rzeczy pan wtedy wygadywał. – Jakie? Wątpię, żebym coś kiedyś miał przeciwko Kościołowi otwartemu, to byłoby głupie. Niech pani poda jeszcze jakiś przykład.
Który? O lustracji, aborcji, Unii Demokratycznej, Adamie Michniku, Unii Europejskiej...? – Ja byłem przeciwny Unii Europejskiej? W życiu.
Mówił pan, że zagraża naszej tożsamości narodowej. – Nie było takiej wypowiedzi. Przeciwko Unii – nigdy.
I że katolicy będą prześladowani w Unii bardziej niż za komuny. – No, to może mówiłem, że trzeba uważać, ale nie żeby nie wstępować do Unii. Reprezentowałem w ZChN odłam liberalny. Macierewicz był ze mną w tym nurcie.
Aha. I nie chciał pan całkowitego zakazu aborcji? – Nigdy w życiu. Broniłem kompromisu aborcyjnego, byłem jednym z jego autorów. Jestem w polityce od 50 lat. Zasadnicza treść moich poglądów jest taka, jak była.
A poglądy na temat homoseksualistów – że to zboczeńcy? – Już bym tak nie powiedział, to obelżywe. Tak jak słowo „pederasta”, które w PRL normalnie funkcjonowało. Nawet u Fredry jest w znanym mi z więzienia wierszyku „Że nie udał się niewiastom,/ Dawał d... pederastom”.
Fakty są takie, że był pan narodowym radykałem, a... –...narodowym nie.
...a dzisiaj jest pan liberalnym demokratą, europejskim. – Tak, zawsze byłem.
Co to jest liberalizm w takim razie? – Byłem liberałem gospodarczym, natomiast w innych sprawach...
Tak, niektórzy z nas byli przeciwko Unii Europejskiej. Proszę mi nie przypisywać poglądów tej grupy, która ze mną w ZChN walczyła. Oni byli za całkowitym zakazem aborcji, Marek Jurek do dziś pozostał. Z trudem się mieściłem w tej formule, z trudem. Moje poglądy były i są konserwatywne obyczajowo, liberalne gospodarczo, prozachodnie.
Może mówi pan to, co prezentuje partia, do której pan należy? – Kłamstwo. Od lat prowadzę w Polsce wojnę o demokrację z przeróżnymi ludźmi – czy to KPN, czy to lewica. Konflikt kończę, gdy zagrożenie znika. Z Moczulskim mam świetne stosunki, na pogrzebie Oleksego byłem. PiS-owcy używają lustracji do walki politycznej, sięgają do rodzin, przodków. Obrzydliwe. Pytają, dlaczego nie walczę z komunizmem. Z kim walczyć? Mam nagrobek Oleksego zniszczyć? Dzisiaj lewica nie zagraża demokracji, w tym sensie lustracja jest zamknięta.
Józef Oleksy. Dobry komuch
A przed PiS-em ostrzegałem. Co o mnie mówiono? Że Niesiołowski za ostry. To teraz widzą, czy za ostry.
Że się zmieniam, to nie jest dla mnie zarzut. Mnie się kiedyś wydawało, że Kościół nie może szkodzić Polsce, teraz widzę, że szkodzi. Wydawało mi się, że kwestia demokracji jest rozstrzygnięta, a naród, który przeszedł komunizm, nie wróci do dyktatury – ale wrócił. I to jest dla mnie klęska – że nie potrafiłem obronić demokracji, że Polska stała się dyktaturą, a Kościół jest jej wspornikiem.
I nie jest pan już endekiem? – Nigdy tak o sobie nie mówiłem.
„Ja, stary endek”... – Żartowałem. Za starego się uważam, za endeka nie. Byłem wychowany w tradycji piłsudczykowskiej.
Myślałam, że w nacjonalistycznej. Pierwsze wspomnienie? – Na łące w Olechowie. Urodziłem się na wsi pod Łodzią, w Kałęczewie, w domu rodziny mojej mamy. Byłem tam tylko z rok i nic nie pamiętam. Mój brat Marek odzyskał ten dom i gdy chodzimy tam razem po ogrodzie, to czuję się tak dobrze jak nigdzie na świecie. Później przeprowadziliśmy się do Olechowa, dzisiaj to dzielnica Łodzi, bloki stoją, a ja pamiętam rzekę, łąkę, wiśnie. I krowę. Tata był inżynierem rolnikiem, pracował w Łodzi, ale mieliśmy trochę ziemi i rodzice kupili krowę, kury były.
A przedtem? – Mamy to ustalone do roku 1617, kiedy żył Franciszek Niesiołowski. Jesteśmy herbu Korzbok, trzy ryby. Chyba u Długosza rokowania z Krzyżakami w imieniu Jagiełly prowadził niejaki Piotr Korzbok. Wiadomo, że pochodzimy z Nowogródczyzny. Jest w „Panu Tadeuszu” o Józefie Niesiołowskim, wojewodzie nowogrodzkim: „Co by rzekł wojewoda Niesiołowski stary/ Który ma dotąd pierwsze na świecie ogary,/ I dwiestu strzelców trzyma obyczajem pańskim,/ I ma sto wozów sieci w zamku Worończańskim,/ A od tylu lat siedzi jak mnich na swym dworze,/ Nikt go na polowanie uprosić nie może”. Widzi pani, ja dokładnie cytuję.
Rodzina ze strony mamy przyszła z Niemiec. Dziadek mojego dziadka Bronka w XVIII w. przyjechał do Łęczycy, gdzie jest pochowany. Schwan się nazywał, łabędź, dlatego zmienił się na Łabędzki. Chyba tkaczem był. Czyli ja Niemiec trochę jestem.
Żeby było zabawniej, Łabędzcy to radykalni polscy nacjonaliści. – Tak. Brat mamy, mój ojciec chrzestny Tadeusz Łabędzki, czyli ten Schwan właściwie, był przed wojną przywódcą Młodzieży Wszechpolskiej. Wujek Tadek oddał życie za Polskę, zamęczony w UB na Koszykowej.
„Żołnierz wyklęty”? – Tak, ale nie lubię tej głupiej nazwy. Niezłomny, jeśli już. Bo kto go wyklął? Zapowietrzony był, trędowaty? Wyklęty to jak przeklęty. Walczył z komunizmem i został zamęczony w śledztwie. Niemiec z pochodzenia, który oddał życie za Polskę. Taka ironia.
Żołnierze wyklęci, żołnierze przeklęci. Czyim bohaterem jest Romuald Rajs "Bury"?
Zwłaszcza że w czasie wojny był przywódcą MW i naczelnym „Wszechpolaka”. – Cała rodzina mamy była endecka. Ale to nie byli tacy durnie jak dzisiejsze ONR.
Zapał do czyszczenia Polski z Żydów mieli chyba większy? – Ale gdy się czyta ich pisma, poziom intelektualny był wyższy, to była partia profesorów.
Czy to nie gorzej? – Nie można sprowadzać endecji do getta ławkowego, rozbijania żydowskich straganów itd. Rzeczywiście, był wśród nich antysemicki motłoch, ale obok była i elita endecka, profesorowie. Wujek Tadek nie był tak radykalny, Młodzież Wszechpolska to nie był ONR Falanga Piaseckiego, który zajmował się burdami i biciem Żydów.
Przeglądał pan przedwojennego „Wszechpolaka”? – Powojennego, walczyli z komunizmem. Przedwojenne numery też niektóre mam...
I co? – No, Jędrzej Giertych tam pisał, dziadek Romana...
Tak, antysemityzm też był. Nie jest to chwalebny rozdział, ale nie da się endecji do tego sprowadzić.
Pan profesor już się denerwuje? – Ale o co chodzi? Nacjonalizm jest wypaczeniem, jeśli wiąże się z pogardą dla innych narodów, a u nas niestety tak się kojarzy – z żulami używającymi hitlerowskich symboli, bijącymi cudzoziemca za to, że ma inną skórę. Nie można ich stawiać u boku wujka Tadka, którego zakatowało UB. Dzisiejsi narodowcy natychmiast by czmychnęli w takiej sytuacji. Oni to mogą sobie pobić jakiegoś Bogu ducha winnego Murzyna na ulicy czy Hindusa, który pizzę roznosi. „A na drzewach zamiast liści będą wisieć syjoniści!” – krzyczą. Nie ma w Polsce syjonistów, czyli Żydów będą wyszukiwać i wieszać, tak? Sam dostaję listy: „Ty żydowska świnio, Aaronie Nusselbaum...”. To hołota, natomiast tamci pięknie zdali lekcję z patriotyzmu.
Oczywiście, próbuję tylko zrozumieć, skąd u pana te skrajne poglądy narodowo-katolickie na początku lat 90., czy to przez ten kult wujka... – Nie było żadnego kultu. Mało się o wujku mówiło, bo mama zaczynała płakać. Do 1956 rodzina myślała, że jest może na Syberii, aż przyszło pismo, że zmarł w śledztwie w 1946. W wolnej Polsce ustaliłem, że zakatowali go Humer i Różański, do procesu Humera doprowadziłem. Ale kultu nie było. Tylko nad łóżkiem mamy wisiały dwa portrety – mojego taty i wujka Tadka.
Jeśli mówić, że mój dom był narodowo-katolicki, to mogę się na to zgodzić, ale nie miało to nic wspólnego z twierdzeniem, że trzeba mordować mniejszości czy narzucać komuś wiarę. Teraz powoli Polska przestaje być katolicka dzięki PiS-owi. W tym sensie można powiedzieć, że walcząc z PiS-em, walczę o katolicką Polskę, chociaż to nie jest główny motyw tej walki.
Pan by wolał, żeby była jednolicie katolicka? – Byłoby dobrze. Wychowałem się w takiej tradycji i byłoby mi przykro, gdybym doczekał Polski, w której kościoły będą pozamieniane na muzea. Ale myśmy się w domu zatrzymywali przed granicą, którą była krzywda drugiego człowieka i łamanie demokracji. A dzisiaj to jest istotą ruchów narodowych, więc one nie mają prawa się powoływać na Kościół, religia chrześcijańska to religia miłości.
Dziadek i wujek Łabędzcy walczyli o wolną Polskę. Tata też – w 1920 z bolszewikami pod Warszawą, a w II wojnie był dowódcą kampanii AK pod Łodzią, pseudonim „Kurzawa”. Po wojnie wzywany na UB, nie robił kariery, bieda w domu była.
Pamiętam opowieści dziadka Bronka o Syberii – o przyrodzie głównie, na politykę byłem za mały. Mówił, że jak wrony siadają na czubkach drzew, to idzie mróz. W 1905, kiedy był nauczycielem, wywieźli go na Syberię za wywołanie strajku szkolnego w Łęczycy. Lubił opowiadać o tej podróży. Tak się interesował światem, że chciał jechać jak najdalej i aż do Czelabińska zajechał. Stamtąd uciekł – z powrotem przez Rosję – do Niemiec i Ameryki, dokąd przyjechała w 1908 r. panna Stefania Jezierska, moja babcia. W styczniu 1919 wsiedli na okręt – babcia w zaawansowanej ciąży – i wrócili do Łęczycy, gdzie 21 stycznia urodziła się moja mama. Potem kupili majątek pod Łodzią w Mrodze. Kiedyś zaszedł do nich mieszkający w okolicy 37-letni pan Janusz Myszkiewicz-Niesiołowski i poznał 20-letnią pannę Halinkę. Pobrali się w 1940. Cztery lata później się urodziłem. Miałem starszą siostrę Ewę i mam młodszego brata Marka. Imię dostałem po bracie dziadka, Stefanie. Barwna postać – wojowniczy, zawadiaka, przebierał się w stroje szlacheckie, jeździł na koniu i się wygłupiał. Rodzice mówili na mnie Stefula.
Był pan pyskaty czy to z wiekiem przyszło? – Najbardziej z naszej trójki. W szkole też mnie wybierali, żebym przemawiał. Potrafiłem się odszczeknąć.
Kiedy zacząłem czytać, zafascynowała mnie książka „Z życia owadów” Jeana Henriego Fabre’a. Zacząłem chodzić do muzeum przyrodniczego, wzięli mnie jako chłopca do segregowania owadów. A w domu hodowałem płoszczyce, topielice, pływaki żółtobrzeżki, larwy ważek, z larw ważki, motyle...
Jakieś inne obowiązki? – Jak każde dziecko: okna umyć na święta, chleb kupić, kapustę. W sklepie ser był tylko biały i żółty, masło niebieskie i czerwone, chleb razowy i pytlowy, bułka z przedziałkiem i kajzerka. Wszystko było proste. Dzisiaj wchodzę do sklepu i jestem bezradny, dostaję szału. Chleb ze śliwką, ze słonecznikiem, z ziarnami, z żurawiną, z makiem, z dynią – po jaką cholerę? Pięćdziesiąt serów – który wybrać? Bym się może zastanowił, czy walczyć z komunizmem, gdybym wiedział, że to mnie doprowadzi do takich dramatów. Te gigantyczne sklepy! Chodzę po tych przestrzeniach i nie umiem niczego znaleźć. Zawsze kupuję źle – patrzę na innych i mam wrażenie, że kupili lepiej, ja nieudolnie, więc wyrzucam, co mam w koszyku, i wrzucam znowu, wzorując się na innych. Przede mną tymi kartami płacą, to się wszystko zacina. Boże, kto to wynalazł?
Pan nie płaci kartą? – Nigdy, nienawidzę tego. A te rachunki jakie są idiotyczne! Jakieś przelewy wymyślili. Gdy przychodził listonosz, źle było? Odliczał, naślinił, a gdy tak odliczał coraz wolniej i wolniej, ja w pewnym momencie mówiłem: „Już dziękuję”. On brał resztę, ściskał mi rękę i podawał ołówek kopiowy, żebym się podpisał. A teraz jakieś absurdalne konto. Komu to potrzebne? Komu tamto przeszkadzało? Że obalałem PRL, to oczywiście dobrze, ale niektóre skutki uboczne zwycięstwa boleśnie odczuwam.
Czyli coś pana łączy z dawnym kolegą Jarkiem. To może teraz jakieś wspomnienie? – Przyjaźniliśmy się, i to z dziesięć lat. Ale jakie to ma znaczenie? Nie warto nim się zajmować, z nim trzeba walczyć.
Myślałam, że jednak obalimy pana opinię pieniacza. – Jeśli ktoś ma o mnie taką opinię, to jego sprawa, ja się nie awanturuję.
Nigdy nie puszczają panu nerwy? – Nigdzie, nigdy. Nie przypominam sobie niczego, co by można nazwać pieniactwem. Ordynarnych słów też nie używam.
Czyli pan ma siebie za człowieka łagodnego? – Raczej tak, chociaż potrafię się zdenerwować i odpowiedzieć. To łagodność przeplatana ostrymi sformułowaniami. Że porównuję ludzi do zwierząt? O nas się mówi: „mordercy, komuniści i złodzieje”. Czym jest przy tym porównanie kogoś do nutrii albo piżmoszczura?
Człowiek ma wspólnych przodków z małpą, widać w nas zwierzęce cechy. W Sejmie też jeden mi przypomina bociana, drugi wieprza, inny jest niedźwiedziowaty, pewna posłanka ma rybią twarz, a taki dość znaczący poseł to szczurolis albo lisoszczur, trwają w tej sprawie spory.
A coś miłego? Tu możemy po nazwisku. – Coś z zaleszczotka świerzbowca ma poseł Tarczyński – ten, co powiedział do Wałęsy: „Zapraszam cię na solo, bydlaku”.
Gdy ktoś na takim poziomie się wymądrza, mówi o patriotyzmie, to uważam, że po to jestem, po to siedziałem w więzieniu, przeczytałem tyle książek, żeby replikować. Chyba więzienie dało mi odwagę, że nie boję się powiedzieć czegoś, co powoduje ryk i protesty ludzi, którzy nie zasługują na to, żeby ich protesty uwzględniać.
Jeszcze raz: coś miłego? – To niech będzie Gasiuk-Pihowicz – ma coś z sikorki.
Nie oddam sejmu bez walki. Rozmowa z Kamilą Gasiuk-Pihowicz
A pan z kogo coś ma? – Jako nietoperz byłem w tej szopce „Polskie zoo”, ale czy ja mam cechy nietoperza?
Może pan profesor spija krew po nocach? – Nawet kaszanki nie tykam. Mięso mi nie smakuje, wolę warzywa i owoce. Jeżyny, wiśnie czarne, zupy, lane kluski i kogiel-mogiel, taki jak mama robiła. Ale mam w swojej kolekcji – tej w pudełku – wycinek z gazety: na ulicy leży jakiś człowiek przejechany, a ja piję jego krew. To jest dopiero nienawiść. PiS używa najgorszych określeń: „gestapo, gorszy sort, zdrajcy”, a gdy ja porównałem Dudę do Maliniaka, rozpętało się piekło. Wielu dziennikarzy przyjmuje narrację PiS. Powiedziałem, że jeśli jeszcze raz porównają nas do komunistów, to będę ich porównywał do nazistów. Mówią, że trzecie pokolenie AK walczy z trzecim pokoleniem UB – czyli ja jestem trzecim pokoleniem UB?
To nie spotyka się z żadnym odzewem, jakby media do tego się przyzwyczaiły. PiS rządzi m.in. przez dziennikarzy. Znaczna część ludzi przyzwoitych okazała się bezradna wobec tej propagandy.
Andrzej Duda, człowiek z mgły
Albo wolą inny styl dyskusji. – I dlatego my możemy być targowica czy gestapo? Mam pretensję do dziennikarzy – o bezradność, płyciznę, brak diagnozy. Dlaczego nie opierają się bredniom o żołnierzach tzw. wyklętych? Dlaczego nie mówią, że Komorowski pierwszy przywrócił pamięć tych ludzi? Jak można przyjmować tezę, że to Lech Kaczyński przypomniał o powstaniu warszawskim? Sam obchodziłem rocznicę powstania w 89 roku, wszystkie kolejne rządy obchodziły. A 11 listopada świętowałem już w komunie. Napis: „Katyń” namalowałem na pomniku przyjaźni polsko-radzieckiej w 1964 czy 1965... A dla „wSieci” i „Gazety Polskiej” to ja jestem właściwie synonim komunizmu.
Kiedy prokurator Piotrowicz krzyczał: „Precz z komuną!”, to pewnie też do pana? – Gdy jeździłem pociągiem do Poronina, planując wysadzenie pomnika Lenina, to ani jego, ani nikogo z PiS nie było na peronie. Kaczyńskiego tam nie widziałem. Przepraszam, może w drugim wagonie jechał. Z Ziobrą, Sakiewiczem, Karnowskim i Gmyzem. Jak słyszę Ziemkiewicza, bohatera antykomunizmu, to mi się niedobrze robi. Gdzie był wtedy? Miał okazję zrobić coś w tamtych czasach, wykazać odwagę, każda tego typu akcja była szalenie niebezpieczna. Nie widziałem też Dudy. To nic, że oni byli za młodzi, ważne, że ich tam nie było. Pokazuję ten absurd. Jak malowałem na pomniku napis „Katyń”, nie było Terleckiego, który by powiedział: „Popilnuję, Kostuś, żeby cię nikt nie złapał, będę ci puszkę z farbą trzymał. A potem przyniosę rozpuszczalnik, bo żeś się ochlapał trochę”.
„Kostuś” mówią do pana tylko ci, którzy znali pana z podziemia. – Kuroń tak mówił, Geremek... Coraz mniej takich. Najbardziej lubię, jak słyszę od Michnika: „Dobrze im powiedziałeś, Ko-ko-kostku”. To mój pseudonim z Ruchu, Andrzej Czuma do dzisiaj tak mówi.
W Ruchu mieliście utopijny wówczas program pełnej niepodległości Polski i spektakularne akcje. Zrzucenie z Rysów tablicy ku czci Lenina to pana pomysł?
– Plany wysadzenia pomnika i podpalenia muzeum Lenina też były moje. Wolałem działać, niż mleć ozorem. Tablica to był łatwy cel. Chociaż teraz co chwila ktoś spada z Rysów. A ja wtedy szedłem w nocy, z latarką.
Dzień po wejściu wojsk Układu Warszawskiego do Czechosłowacji. – Musiałem tam wejść, kiedy nikogo nie było, czyli w deszczowy dzień. I późno, a schodzić w nocy, co jest niebezpieczne. Poszedłem z kolegą, tablica była wielkości drzwi, ciężka, odkuliśmy ją od góry, potem się huśtała, huśtała i spadła. Po dłuższej chwili rąbnęła o skały, pewnie do dziś gdzieś leży. Chcieliśmy niszczyć symbole, nie strzelać.
Ale były jakieś małe napady, kradzieże. Skąd ta brawura? – Nie wiem. Teraz bym chyba umarł na serce, gdybym miał iść podpalić muzeum albo kraść. Wtedy brałem od portiera klucz i wynosiłem maszynę do pisania. Myśmy nie używali słowa „kradzież”, tylko „ekspropriacje” – PPS i Piłsudski tak mówili o swoich napadach. Uważaliśmy, że mamy prawo zabierać mienie państwowe. Wydawaliśmy ulotki, pisma i rozwoziliśmy po kraju, chociaż społeczeństwo było raczej bierne, zastraszone, popierało komunistów. A jeśli nie popierało, to nie widziało szansy na zmianę sytuacji. Ja też nie, to wszystko było desperackie.
Rodzice jak reagowali? – Nic nie wiedzieli, tylko że w góry z bratem jeździmy. Dowiedzieli się dopiero, jak esbecy przyszli po nas do domu rano 20 czerwca 1970, czyli dzień przed akcją wysadzenia pomnika i podpalenia muzeum. Potem zobaczyłem rodziców po półtora roku, na procesie. A kiedy przyjeżdżali do Barczewa na widzenia, uspokajałem: wrócę do pracy, nie przejmujcie się. I wróciłem, głównie dzięki mojemu przyjacielowi, dzisiaj profesorowi, Krzysztofowi Jażdżewskiemu.
Kiedy rozmawiałem z ludźmi, którzy wiedzieli, że walczę z komunizmem, mówili: nigdy nie wygrasz, nic się nie da zrobić, Rosja ma armię... Gdy trafiłem do więzienia, uznałem, że mieli rację. Dopiero gdy wyszedłem jesienią 1974 i spotkałem Kuronia, Michnika, Lityńskiego, którzy się organizowali, pomyślałem sobie: Boże, ile byśmy dali, żeby znać takich ludzi, gdy byliśmy w Ruchu. Myśmy wyszli z więzienia do innej Polski. Kiedy nas zamykali, blisko nas nie było nikogo, kto by myślał o walce. To był rodzaj dziwactwa, jakby ktoś walczył z powszechnym ciążeniem. A tu nagle poznałem środowisko wprawdzie różniące się od nas, ale wolnościowe.
Chyba zbyt liberalni byli jak dla pana? – Był potem spór między nami – ROPCiO a KOR-em – o to, że oni nie stawiali na ostro postulatu niepodległości, tylko chcieli stopniowo walczyć o coraz więcej wolności i demokracji. Ale do Kuronia miałem sentyment, prawy człowiek, fascynujący intelektualnie. Miał rację, żeby nie palić komitetów, bo ja jednak chciałem, ale emocjonalny był może nawet bardziej ode mnie. Na moim ślubie był. Mam z tego film, ale nie mogę oglądać, za dużo na nim ludzi, którzy już nie żyją: mama, siostra, tata, rodzina żony, Jacek Kuroń, mecenas Szczuka, z połowa ludzi.
Przyjaciele z KOR-u. Dlaczego teraz się nie lubią? Rozmowa z Ludwiką i Henrykiem Wujcami
Kiedy poznałem Jacka i innych, poczułem, że warto było siedzieć. Zresztą tych młodszych to już widziałem na naszym procesie: Karpińskiego, Michnika...
O więzieniach mało mówię, ten rozdział zamknąłem. Skazali mnie na siedem lat, tak jak Andrzeja Czumę, wyszliśmy po czterech. Początkowo liczyłem się z tym, że może być i wyrok śmierci, takie były czasy. Pierwsze dni po aresztowaniu człowiek jest przestraszony, myśli w kategoriach samobójczych...
Myślałem: Boże kochany, zginę w tym więzieniu. Z wycieńczenia, chorób. Ale po kilku miesiącach już się uspokoiłem. Tylko co robić z czasem? Nad jeziorem kwiaty się zmieniają, w kwietniu drzewa w sadzie są białe, czerwiec to już przekwitają, w lipcu gorąco, jesień... A tu nic się nie zmienia, życia nie ma.
Ale muchy chyba były? – A co one mają robić w więzieniu? Były tylko pluskwy, wszy, karaluchy, a muchówki żadne nie przylatywały – do czego? Szczura pamiętam, jak się pluskał w kiblu, gdy mnie wsadzili do karnej celi dyscyplinarnej.
Z więzienia zostało mi wiele zabawnych opowieści. Pewien więzień twierdził, że był pod Grunwaldem. „A jak to było z tym wielkim mistrzem krzyżackim? – pytam. – Bo na obrazie Matejki to takie zagmatwane: Litwin zamachnął się toporem, Polak mieczem, Kozak dzidą, ale kto naprawdę zabił von Jungingena?”. A on tak się podniósł, spuścił nogę, bo na łóżku leżał, i mówi: „Kostuś, ja w taborach byłem”. Geniusz.
No to jeszcze. – Takie historie to do rana mogę... Prosili mnie, żeby im rysować drapieżne zwierzęta: skorpiona, lwa czy orła, tylko takie tatuowali. Rysowałem na kartce, brał to tzw. dziardziacha, przerysowywał na chusteczkę i przez chusteczkę nakłuwał skórę. Śmieszność polegała na tym, że miałem uznanie jako rozstrzygacz sporów intelektualnych: kiedy skończyła się pierwsza wojna, kiedy druga, a po co jest Jowisz, tego typu. Raz hanysowi ze Śląska tatuowali na łopatce smoka. Wszedł stary recydywista i mówi: „Hanys, nie takie są smoki”. Zrobiła się poruta. Bo co dalej, jak chłop ma już pół łopatki wytatuowane? „Kostuś, jak to jest ze smokami?”. I co im powiedzieć – że w ogóle smoków nie ma? Nie mogę. Co drugi więzień ma smoka, no to jak nie ma? W końcu mówię: „Dzisiaj takich nie ma, ale kiedyś były”. To ich uspokoiło.
Raz mnie posadzili z psychopatą. 25 lat za morderstwo miał. Palił w nocy słomę w sienniku i krzyczał: „Walcz, Zeusie!”. Mogliśmy spłonąć, zanimby przyszli strażnicy. Bałem się zasypiać. Wystawiłem na korytarz miski i rozpocząłem głodówkę. W końcu go zabrali.
Miał pan jakąś literaturę patriotyczną podnoszącą na duchu, coś tego typu? – Coś Wyspiańskiego miałem, Norwida – o tym, że „Jeśli mi Polska ma być anarchiczną,/ Lub socjalizmu rozwinąć pytanie,/ To już ja wolę tę panslawistyczną,/ Co pod Moskalem na wieki zostanie!”. I teksty piosenek, najbardziej Agnieszkę Osiecką lubiłem. Poznałem ją już po wyjściu – kiedy siedziałem, podpisała apel do władz w obronie Ruchu i pojechałem jej podziękować.
Pisała dokładnie tak, jakbyśmy bywali w tych samych miejscach. „Zielono od marzeń – my,/ na kładce i w barze – my./ Do pary, nie w parze,/ bezsenni żeglarze, na całych jeziorach – my”. Pamiętam te kładki, te bary, gdzie były trzy dania na krzyż, ale na Mazurach wszystko smakowało, gdy się miało 20 lat.
Albo piosenka o dziewczynie w niebieskim szaliku: „Lecz myślę czasami o tamtej dziewczynie,/ Jak piła gorące mleko./ I nieraz chciałbym aby tu była/ Może to miałoby sens./ Jak ona śmiesznie to mleko piła/ Gapiąc się na mnie spod rzęs...”. A zaczynało się: „Są małe stacje wielkich kolei,/ Nieznane jak obce imiona,/ Małe stacje wielkich kolei,/ Jakiś napis i lampa zielona”. Mnie to było bliskie, te małe stacje to mój świat, w podziemiu ciągle jeździłem z „Biuletynami”. Ile ja przesiadywałem na dworcach, pijąc cienką herbatę, bo nie miałem pieniędzy, żeby się najeść?
Pan to zna na pamięć? – Osiecką chyba całą. Ona opisała wszystkie moje emocje. Za pomocą paru zdań potrafiła też nakreślić całą Polskę Ludową.
Siedziałem trochę ze szpiegiem, Cichy się nazywał, i on mi tłumaczył zagraniczne piosenki, które puszczali nam przez tzw. betoniarę, głośnik. Podobał mi się zwłaszcza hit „Mamy Blue” po francusku, ale to nie to co Osiecka.
Można pomyśleć, że w tym Barczewie całkiem wesoło było, a to nieprawda. – Wzrok mi się tam pogorszył, dzięki czemu później swoją żonę okulistkę poznałem. Zębów trochę straciłem, ale całe życie chorowałem na zęby, w więzieniu to szczególnie gorzkie doświadczenie. Na samą myśl mam dreszcze. Dentysta to najpotężniejszy mój lęk. Kiedyś wystarczył jeden ruch dentysty, a już wiedziałem, co będzie robił. Dla mnie najcudowniejsze słowa na świecie to: „Matka Ojczyzna” i „fleczer, proszę”. Gdy dentysta prosił o fleczer, wiedziałem, że kończy. Chętnie dłużej porozmawiam o zębach, mam dużą wiedzę na ten temat.
Spotkał pan kiedyś tego, który was wydał? – Tak. Z dziesięć lat temu. Na jakimś spotkaniu w Gdańsku podszedł i się przedstawił.
Jak gdyby nigdy nic? – Nie wiedział, że ja wiem.
I co, rzucił się pan na niego? – Nieee, starszy ode mnie człowiek, normalnie rozmawiał. Dawał do zrozumienia, że niby razem żeśmy walczyli. Wszystkiego mogłem się spodziewać w życiu, ale nie tego, że ten człowiek do mnie podejdzie. A skoro podszedł, mógłby przeprosić. A on, że coś nas łączy, pan nie wie co. Wiedziałem. Poszedłem do organizatora z pytaniem, po co go ściągnął. Dyskretnie. Wyprosił go i więcej nigdy człowieka nie widziałem. Nazwiska nie wymieniam.
Wybaczył pan? – Tak, a co tam. Doniósł na całą naszą organizację, dobrowolnie, za pieniądze – i pojechał za to nad Morze Czarne. Ale nie potrafię długo chować złości. Nie prowadzę żadnych wściekłych wojen. Chrystus wybaczył łotrowi na krzyżu. Nieudolnie próbuję się na tym wzorować. Tak rozumiem chrześcijaństwo.
Polska jest wolna. Po co mam walczyć dzisiaj z komunistami, skoro przestali być groźni? Poza tym nie dlatego z nimi walczyłem, że byli komunistami, tylko dlatego, że szkodzili Polsce. Okrągły Stół to załatwił – oddali władzę pokojowo. Był czas po 1989, że znów z nimi wojowałem, dlatego że próbowali monopolizować władzę, ale i to się skończyło. Kiedy Kaczyński odejdzie lub przegra, też mogę z nim wymieniać poglądy. Natomiast dopóki niszczy Polskę, to jako polski patriota przeszkadzam niszczyć mój kraj.
Twierdzenie, że jestem pełen nienawiści, jest kłamstwem. Gdybym był chodzącą nienawiścią, ludzie by mnie nie wybierali.
Kiedy Kaczyński powiedział o pana postawie w śledztwie – że 13-letnie dziewczynki na gestapo wytrzymywały tortury i nie sypały, a pan tak – jak pan się czuł? – Kaczyński nie jest w stanie mnie dotknąć, bo ja naprawdę walczyłem, a on nie. Mówienie, że małe dziewczynki wytrzymywały tortury, a ja nie, jest w odniesieniu do mnie idiotyczne. Nie miałem żadnych tortur, nie musiałem niczego wytrzymywać.
Stan wojenny. Jak się żyło w internacie
Nie straszyli, nie szantażowali? – Straszyli wysokim wyrokiem i że nie wyjdę żywy z więzienia. Ale nikt mnie nie bił. Po prostu składałem zeznania, które wydawały mi się dobre w tej sytuacji. Generalnie mówiłem to, co oni już wiedzieli. Chcieli, żebym się przyznał do chęci obalenia ustroju i że Ruch był inspirowany z zewnątrz, przez akowców, przez Kościół – odmówiłem. Przyznałem się do chęci podpalenia muzeum w Poroninie i do tego, co wiedzieli. Teraz w ogóle odmówiłbym zeznań. Na to wtedy stać było m.in. Andrzeja Czumę i Joannę Szczęsną. Ale moje zeznania są przyzwoite, nie powiedziałem im nic nowego. Zresztą ja się z tego rozliczyłem. W 1989, w książce „Wysoki brzeg”.
Jednak wydawało się, że słowa Kaczyńskiego uderzyły w pana czułą strunę. – Eee, Macierewicz też niedawno mnie wyklął: „Wymazuję z pamięci nazwisko tego człowieka!”. Natychmiast przypomniałem sobie piosenkę Starszych Panów w wykonaniu Łazuki i Kraftówny „Przeklnę cię, jeżeli mnie porzucisz/ Przeklnę cię, gdy się do innej zwrócisz/ Przeklnę cię”. Podobne uczucia wywołał we mnie Kaczyński, który chciał ze mnie zrobić donosiciela, ale mu nie wyszło. Jego zarzut opierał się dodatkowo na błędzie, że byłem TW „Leopold”, podczas gdy chodziło o kogoś innego, nawet Gontarczyk o tym pisał.
Do prawicowej prasy to trafiło i zostało. – No to co ja poradzę? Kaczyński nie może mnie obrazić, bo jest tchórzem, który chowa się za innymi, nie ma odwagi politycznej. Egzamin z tej odwagi zdawało się w okresie komunizmu i on go zdał średnio, chociaż nie można powiedzieć, że nie zdał w ogóle, bo nie poszedł na współpracę. Dotknąć mnie mogą słowa ludzi, których cenię.
Gdy Geremek powiedział mi coś przykrego, to przeżywałem. Rok byłem z nim internowany. Ale po 1989 byłem z nim w politycznym konflikcie, który przenosił się na stosunki osobiste. Geremek reprezentował koncepcję, że Obywatelski Klub Parlamentarny ma być jednością, a ja chciałem już budować inną partię. Geremek – że to za wcześnie na podziały. Dlatego nie poparłem go na szefa OKP. Pamiętam, jak mi powiedział z żalem: „Kostusiu, strasznie się zmieniłeś”.
A pan co? – „Przepraszam, Bronek”. Burzyłem coś, co on tworzył, ale co moim zdaniem nie dało się utrzymać. W końcu on miał Unię Demokratyczną, a ja ZChN. Rozeszły się nasze drogi, a zeszła się moja droga z Kaczyńskim, w polityce tak jest.
Z wieloma współinternowanymi pan się wtedy rozszedł. – Geremek, Mazowiecki, Komorowski, Drawicz, Woroszylski, Amsterdamski... Większość nie żyje, a i tak są prześladowani, niszczeni. Najpierw byłem w pokoju z Julianem Kornhauserem, dzisiaj teściem Dudy. Wielka klasa połączona z delikatnością. Nigdy nikogo nie obraził, świetnie się z nim dyskutowało. W sumie żałowałem, że wychodził. A nas przewieźli z Jaworza do Darłówka, gdzie siedziałem m.in. z Januszem Szpotańskim. To była tzw. cela szyderców. Ośmieszaliśmy fanatyzm religijny i kolegów, którzy co chwila obchodzili jakieś rocznice.
Pan szydził z fanatyków religijnych? – Że noszą krzyże na piersiach z napisem: „internowany”, że patriotyczne napisy wieszają na oknach. Kpiłem, żeby powiesili je na parapetach, bo myszołów włochaty, który jest ich jedynym czytelnikiem, musi skręcać głowę.
Miałem swój wkład w tekst Szpotańskiego „Pan Karol i Kostuś” o mnie i Karolu Modzelewskim. Zaczyna się tak: „Pan Karol – polityk o sławie światowej/ mąż stanu, budziciel sumienia;/ a Kostuś – prowincjusz spod lachy grobowej,/ pokątny intrygant i pieniacz”.
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


2016.09.05 20:35 ben13022 Wywiad Sroczyńskiego z Waldemarem Pawlakiem

Rostowski się tylko uśmiechał. Wiedzieli, że z powodu 22 złotych nie wyjdę z koalicji.
Z Waldemarem Pawlakiem rozmawia Grzegorz Sroczyński.
Paradowska mówiła, że nikt tak nie dostał w tyłek jak Pawlak.
"Cyborg". "Robot". "Człowiek z drewna". "Terminator". Bolało?
Spoza?
Kaczyński też tak mówi. "Byliśmy przez 25 lat odpychani". "Byliśmy wyśmiewani". "Słyszeliśmy rechot".
Byli upokarzani?
Duża część działań obecnej władzy wynika z resentymentu jednej postsolidarnościowej elity, która czuła się marginalizowana i lekceważona przez drugą postsolidarnościową elitę. I to się łatwo nie wypali.
Dlaczego?
Bauman pisze, że dla rynku i kapitalizmu ludzie są wartościowi, jeśli mogą tyrać, zarabiać i kupować, a jak nie mogą, to stają się odpadami, które najlepiej byłoby elegancko zutylizować. U nas po transformacji tych "odpadów" zostało sporo. Byli nazywani "homo sovieticus", a teraz chcą usłyszeć: "To inni ci zabrali, zablokowali twój awans, nie pozwolili się rozwijać".
Jak ktoś czuje się upokorzony, to zwykle zaczyna upokarzać innych.
Pan to rozumie?
Komu najbardziej pan nie zapomniał?
Swoi?
Dlaczego Pawlak sobie poradził, a Gliński - nie?
Poszło wtedy o stołki?
Czyli?
Jaka?
Bo?
Nie wiem.
Może tego chcą.
Główny to jaki?
Trump wygra?
Dlaczego?
Pan wszystko czytał?
Staroć.
Bo?
Rządziliście osiem lat z Platformą. O co się najbardziej żarliście?
I zwalczyliście?
Przedszkola to był pański pomysł?
Tak się z Platformą umówiliście?
Nie interesowały?
Czyli?
Ile?!
Właściwie o co im chodziło?
I co pan zrobił?
Co dalej?
Nikogo to nie interesuje.
Unia elit.
CV
Waldemar Pawlak: był nieprzerwanie przez 26 lat posłem PSL, dwa razy premierem (w 1992 roku przez 30 dni, a potem w latach 1993-95). W rządzie Tuska przez pięć lat był wicepremierem. W ostatnich wyborach nie dostał się do Senatu. Jest prezesem Ochotniczych Straży Pożarnych, doradza związkowi Pracodawcy RP, prowadzi z synami gospodarstwo rolne.
źródło: http://wyborcza.pl/duzyformat/1,127290,20557773,waldemar-pawlak-wkurzalem-sie-tlumaczylem-ale-tusk-nie-chcial.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2016.06.20 21:48 Sithrak "A lud roboczy wytrzeszcza oczy" - komentarz Wojciecha Czuchnowskiego w Wyborczej o tym jak PiS zrozumiał problemy socjalne, które poprzednie rządy ignorowały i jak w obecnym klimacie będzie wygrywał na tym bez końca.

Żródło (ściana płacu) http://wyborcza.pl/magazyn/1,153010,20259738,a-lud-roboczy-wytrzeszcza-oczy-czuchnowski.html
Wystarczy dać ludziom to, co od dawna im się należało: godną płacę za uczciwą pracę. PiS to zrozumiał i będzie dalej wygrywał.
Listopad 2013 r. "Wyborcza" drukuje cykl reportaży o tym, jak w Polsce pracuje się na głodowych stawkach. Dziennikarze zatrudniają się przy pakowaniu towarów, w ochronie, sprzątaniu. Opisują codzienność setek tysięcy ludzi skazanych na płace rzędu 5-6 zł za godzinę. Brutto. Smutny rekord to oferta 2,5 zł. Dla porównania przytaczamy dane z krajów Unii, w których większość ma wyznaczone godzinowe minimum: od 4 euro w Grecji i Hiszpanii, przez 8 euro w Niemczech, do 9 euro we Francji.
Porównujemy je z pensją minimalną. Stawki godzinowe biorą się z prostego przelicznika: minimalna w danym kraju pensja jest dzielona na ustawowe 40 godzin pracy w tygodniu.
Robimy podobne przeliczenie. Ówczesne polskie minimum to 1600 zł brutto. A więc dolna stawka godzinowa powinna wynosić 10 zł brutto (wtedy 2,5 euro), co w przeliczeniu na ustawowe 160 godz. miesięcznie dawałoby właśnie 1,6 tys. zł.
Będzie inicjatywa. Wpadamy na pomysł akcji: namówimy rząd, by wprowadził obowiązkowe 10 zł jako minimum za godzinę.
Idziemy z tym do ministra pracy Władysława Kosiniaka-Kamysza z koalicyjnego PSL. Pokazujemy mu teksty naszych reporterów, przykłady wyzysku. Reaguje entuzjastycznie. Mówi, że ustalenie najniższej "godzinówki" na w miarę godnym poziomie "to dobry pomysł". Fragment tekstu z czołówki "Wyborczej": Minister: "W resorcie będzie opracowana inicjatywa legislacyjna. Czy rząd poprze projekt? Nieoficjalnie wiadomo, że oponować może minister finansów Jacek Rostowski, który uważa, że jeśli pracodawca nie może zapewnić płacy minimalnej, to lepiej dać pracę za 70 proc. najniższej pensji, niż nie dać jej w ogóle".
Kosiniak-Kamysz mówi, że część pracodawców spróbuje ominąć dolny próg, ale "najważniejsze, żeby ukształtował się zwyczaj: godna płaca to kwestia przyzwoitości".
Potem w "Wyborczej" rozważamy, czy 10 zł za godzinę to dużo. "W porównaniu z większością krajów Unii to stawka najniższa nie tylko w przeliczeniu złotych na euro, ale również w zestawieniu siły nabywczej godziny pracy z ceną np. 1 litra benzyny E95. Przy założeniu, że w całej Europie litr E95 kosztuje około 6 zł, Grek za godzinę pracy kupi nieco ponad 2,5 litra benzyny, Hiszpan 3 litry, Francuz aż 6 litrów, Brytyjczyk za swoje 6 funtów (ok. 30 zł) 5 litrów. Polak za 10 zł mógłby nabyć 1,6 litra najtańszego paliwa. Ale często musi pracować za znacznie mniejsze pieniądze".
"Nie ma klimatu dla takich rozwiązań". Cykl "Wyborczej" o najniższej płacy trwa kilkanaście dni. Potem czekamy na obiecaną inicjatywę ministerstwa. Aha, w międzyczasie na łamach "Faktu" Kosiniak-Kamysz ogłasza, że wprowadzi 10 zł za godzinę.
Mijają tygodnie, w ministerstwie przestają odbierać telefony. Sprawę wyjaśnia nieoficjalna rozmowa z jednym z urzędników. Wcześniej pełen entuzjazmu, teraz mówi, że prawnicy resortu znaleźli "przeszkody nie do przejścia". Dodaje, że w rządzie "nie ma klimatu dla takich rozwiązań".
Jeszcze przez kilka miesięcy dopytujemy, co z projektem. Jeden z polityków PO, ważny minister, mówi, że nie będzie gazeta pouczać rządu, co jest istotne. "Jakbyśmy was słuchali, to nie wygralibyśmy dwa razy wyborów" - dodaje.
To okres, gdy ministrowie i politycy rządzącej koalicji wydają służbowe pieniądze na spotkania w lokalach dla snobów. Rachunki najczęściej przekraczają wartość minimalnej pensji. Atmosferę - znaną z nielegalnych nagrań - można podsumować cytatem z Marka Hłaski: "A lud roboczy wytrzeszcza oczy".
Kapitał: 12 ZŁ. Historia tej porażki ma ciekawe zakończenie. Tuż przed wyborami premier Ewa Kopacz zapowiedziała nagle... wprowadzenie stawki minimalnej: 10 zł za godzinę. Równocześnie obiecało to PiS. Potem podbili do 12 zł. Kilkanaście dni temu wprowadzili to w życie. 12 zł minimum za godzinę będzie obowiązywało od 2017 r. Przestrzegania minimum będzie pilnować Państwowa Inspekcja Pracy. Przy okazji do 2 tys. wzrośnie pensja minimalna.
Przeliczmy teraz te 12 zł na kapitał polityczny. Ochroniarz, który nagle zacznie lepiej zarabiać, zagłosuje na władzę, która mu to zapewniła. Podobnie jak czytelnik tabloidu, gdy przeczyta, jak dzielni inspektorzy PIP ukarali nieuczciwego szefa, bo kombinował, jak płacić ludziom mniej, niż się należy.
Oczywiście na władzę, która polepszyła jej warunki bytu, zagłosuje też rodzina z programu "500 plus" i ta, która w "Mieszkaniu plus" zobaczy szansę na godniejsze życie.
Słyszę z wielu stron, że ci wszyscy ludzie zostali lub zostaną "przekupieni". I protestuję. Nikt ich nie przekupił. Po prostu ktoś przy władzy wreszcie zwrócił na nich uwagę.
Ceny europejskie, zarobki polskie. Od ponad ćwierć wieku rządzący przyzwyczaili nas do następującej argumentacji: musi być tak, jak jest, bo nadrabiamy zapóźnienia z okresu komunizmu, nasza praca jest mniej wydajna niż na Zachodzie, a w bogatych krajach Europy dysproporcje między zarobkami klas niższych i elity są równie duże albo jeszcze większe.
Kolejne ekipy przegapiły moment, w którym to wszystko stało się nieaktualne. Argument o nadrabianiu, nawet jeśli jest dalej w grze, coraz trudniej zaakceptować. Ile można "nadrabiać"? Ile lat można zwalać wszystko na poprzedni system, na wojnę albo na zabory? To już nie działa.
Mało wydajna praca? Jakiś żart. Z wszelkich statystyk wynika, że pracujemy najciężej w Europie. A jakość tej pracy potwierdzają sukcesy wielkich firm - Opla, Fiata, Ikei - które przenoszą do Polski produkcję właśnie ze względu na wydajność i profesjonalizm naszych pracowników. Potwierdzają to również małe prywatne sukcesy tych z nas, którzy wyjeżdżając do pracy za granicą, widzą tam, że są cenieni i pożądani.
Dysproporcje zarobków? Rzeczywiście są na całym świecie. Problem w tym, że robotnik niemiecki, włoski, francuski czy brytyjski może sobie za swoją pensję pozwolić na wynajęcie domu lub porządnego mieszkania, przyzwoity nowy samochód i wakacje dla rodziny. Pewnie zazdrości bogatszemu urzędnikowi czy biznesmenowi posiadłości, limuzyny i willi nad ciepłym morzem, ale sam nie czuje się pariasem.
Polski pracownik może o takiej dysproporcji tylko pomarzyć. Jeździ kilkunastoletnim złomem, o wakacjach dawno zapomniał, a wynajęcie mieszkania lub spłata kredytu pochłania ponad połowę jego dochodów. W Warszawie na przeciętny czynsz komercyjny osoba zarabiająca średnią krajową musi pracować 16 dni. W Londynie sześć, a w Berlinie cztery.
Ludzie potrafią liczyć. Widzą, że ceny większości produktów i usług mamy takie same jak na Zachodzie, a zarobki nawet pięć razy niższe. Widzą, ile warta jest ich praca "tam", a ile "tutaj". Dlatego wyjeżdżają. I nie mogą zrozumieć, jak to się ma do frazesów o życiu we "wspólnej Europie".
To cud, że nie było w Polsce rewolucji. Cud, że przez tyle lat ludzie to znosili. Ale w końcu nie wytrzymali. Padło na Platformę i PSL, ale mogło paść na jakikolwiek inny rząd. Bo żaden, łącznie z lewicowymi, nie miał oferty dla najgorzej zarabiających.
To nas zrujnuje! Platforma dosłownie w ostatniej chwili zrozumiała, że jeśli nie wprowadzi do programu pakietu socjalnego, przegra. Dlatego we wrześniu Ewa Kopacz obiecała, że rodziny z dziećmi będą mogły wspólnie rozliczać PIT. Nareszcie! Przez całe lata państwo miało gdzieś, czy podatnik ma na utrzymaniu tylko siebie, czy też jego dochód dzielony jest na niepracujące dzieci, w przyszłości też podatników.
Ale było już za późno. Ludzie nie uwierzyli w socjalne nawrócenie Platformy. Przecież jeszcze kilka miesięcy przed wyborami mieli przykład, jak rząd broni pracowników. Gdy Niemcy zażądali, by polscy przewoźnicy płacili swoim kierowcom jadącym przez Europę 8,5 euro za godzinę, rząd i większość mediów stanęły po stronie przedsiębiorców. To 8,5 euro miało mieć apokaliptyczne skutki: zakłócić handel między naszymi krajami, podnieść taryfy i wyeliminować z rynku polską branżę transportową, bo właściciele firm nie będą przecież w stanie tyle płacić.
W całej sprawie rząd dostrzegał spisek firm niemieckich, które "przegrywają konkurencję z tańszymi przewoźnikami z Europy Środkowo-Wschodniej". I pewnie o to chodziło, tyle że przy okazji nikt nie zadał sobie pytania, czy aby polscy kierowcy spędzający całe tygodnie na zagranicznych trasach zarabiają tyle, by nie musieli się wstydzić.
Pisałem wtedy o scenach na parkingach przy wielkich autostradach przecinających Europę. "Tirowiec niemiecki, austriacki, włoski, francuski czy grecki odpoczywa, pijąc kawę w restauracji, w której może sobie pozwolić na kupno przyzwoitego posiłku. Ma pieniądze, bo za ciężką pracę z dala od domu dostaje przyzwoitą stawkę. Ma czas, bo nie może przekroczyć określonej normy godzin za kierownicą.
Na tym samym parkingu jego polski (ale też ukraiński czy białoruski) kolega koczuje przy samochodzie, gotując na maszynce chińską zupkę i najpodlejszą kawę. Odkąd Niemcy masowo wprowadzili płatne toalety (1-2 euro za wejście), sika do plastikowej butelki. Kombinuje też, jak oszukać tachograf, by policja nie zobaczyła, że jechał dłużej niż ustawowe 9 godz., po których należy odpocząć".
Zrobimy wam Zachód. Wiem, jak PiS wygra kolejne wybory. Rok przed dadzą 500 zł na każde dziecko, nie tylko drugie i kolejne. I obiecają, że po zwycięstwie pięć stów dostanie też ucząca się młodzież po 18. roku życia. Potem ogłoszą program zrównania płac z pensjami w Europie Zachodniej. A jeszcze muszą przeprowadzić reformę ZUS, tak by wrócił system sprzed 2000 r. To konieczne, bo obecnemu za dziesięć lat grozi katastrofa.
Tak działając, partia Jarosława Kaczyńskiego porządzi nawet trzy kadencje. Zwłaszcza gdy opozycja będzie wyśmiewać 500 plus, sprzeciwiać się stawce minimalnej i gardłować o "kupowaniu wyborców". W PiS tylko na to czekają, niech przeciwnik pogrąży się sam.
submitted by Sithrak to Polska [link] [comments]


2016.05.07 13:24 ben13022 Wywiad z prof. Andrzejem Lederem o polskiej polityce i nie tylko.

MICHAŁ SUTOWSKI: Już kilka lat temu wieszczył Pan, że w Polsce nastąpi rewolucja konserwatywna. Czy musiało do tego dojść? Tylko proszę nie mówić, że widać musiało, skoro doszło…
ANDRZEJ LEDER: W pewnym sensie musiało. Zostawiając na boku kwestie doraźne, takie jak na przykład katastrofalna kampania wyborcza prezydenta Komorowskiego czy afera taśmowa, głębokich źródeł niedawnego zwrotu politycznego trzeba szukać w polityce polskiej ostatnich dziesięcioleci, a konkretniej w słabości tak opcji demokratyczno-liberalnej, jak lewicowej w sferze symbolicznej. W to „puste miejsce” weszła wyobraźnia skrajnie tradycjonalistyczna lub nacjonalistyczna. Z mojego punktu widzenia podstawowy problem polega na tym, że lewicowa moralność, lewicowe wartości i w ogóle sposób myślenia zostały w sferze publicznej unicestwione – najsilniejsza partia lewej strony sceny politycznej, czyli SLD, ze względu na elektorat i wrażliwość faktycznie lewicową partią nie była. Elektorat SLD miał w dużej części poglądy podobne do elektoratu PiS, różniła go od tego ostatniego przede wszystkim biografia. Zaś elity SLD są w gruncie rzeczy liberalne. Spodziewanie się po spadkobiercach PZPR lewicowości zawsze było ułudą. W poważniejszym sensie za to, że lewica jest dziś praktycznie niereprezentowana politycznie, odpowiedzialne są jednak przede wszystkim środowiska opozycji demokratycznej z okresu PRL. Po 1968 roku, zbierając się po klęsce, która wynikła ze społecznej izolacji, zdając sobie sprawę z własnej słabości i wreszcie last but not least urażone społeczną nośnością haseł antysemickich, doszły downiosku, że bez sojuszu z Kościołem nie da się zneutralizować nacjonalizmu i uzyskać masowego poparcia. Zdecydowały się więc na ten sojusz. On osłaniał środowiska opozycji i legitymizował wobec „ludu”, a za to one oddały Kościołowi sferę moralności…
Chodzi Panu o tak zwany wielki zwrot opisany przez Dariusza Gawina?1
No dobrze, to wiemy, dlaczego przegrała PO. Ale co ma do tego Kościół, lewica, dialog?
Mówi Pan o społeczeństwie tradycyjnym, któremu jak grom z jasnego nieba na głowę spadł kapitalizm. Czy nie ma Pan jednak wrażenia, że pod pewnymi względami społeczeństwo w okresie PRL było mniej konserwatywne? Na przykład w kwestii stosunku do aborcji?
Bo były do załatwienia sprawy ważne i pilne?
A dlaczego „podziemna”, ale zarazem powszechna praktyka społeczna nie przekłada się – przez tyle już lat – na język moralności publicznej?
To dlaczego z sondaży wynika, że ludzie wychowani w PRL łatwiej akceptują odmienność, choćby w przypadku uchodźców z innych kręgów kulturowych?
Czy to odmienne doświadczenie życiowe różnych pokoleń nie przekłada się też na stosunek do wolnego rynku i solidaryzmu społecznego? O ile to starsze pokolenie głosujące na PiS wiąże naród z solidaryzmem – 500 złotych na dziecko plus wartości patriotyczne – o tyle młodych jeszcze niedawno porywał wolnorynkowy Korwin-Mikke. Paweł Kukiz też posługuje się retoryką antybiurokratyczną.
Kapitał to mają raczej zwolennicy Ryszarda Petru.
A czy nie jest tak, że najbardziej agresywnymi „indywidualnymi” darwinistami są akurat ci, którzy niekoniecznie mają największy potencjał, by w kapitalistycznej dżungli przetrwać? Zwolennicy PiS o wysokim nieraz kapitale kulturowym, absolwenci wydziałów prawa wybierają raczej opcję „wspólnotową”…
Będzie merytokratyczne, szkoła nie będzie marnować talentów…
Lemingi z Wilanowa i z Mordoru na Domaniewskiej też sobie nie poradziły?
Polacy też mają, pod warunkiem, że wyjadą z Polski.
Kto mówi? Petru z Balcerowiczem? Sam Pan przed chwilą twierdził, że PO pod koniec rządów nieco jednak skręciła w lewo, niemal wszyscy już mówią o większej płacy minimalnej…
Komentatorzy ekonomiczni twierdzą, że część obietnic socjalnych uda się PiS zrealizować. Dotychczasowe działania rządu na poziomie ustrojowym i organizacji kultury budzą sprzeciw głównie środowisk liberalnych, krytykujących destrukcję zasady „hamulców i równowagi” czy ręczne sterowanie repertuarem teatrów. Inteligenckie autorytety wieszczą schyłek demokracji „sprzedanej za 500 złotych”, a liberalna młodzież naigrawa się z młodzieży narodowej, która poszła pod teatr, bo usłyszała, że na scenie będzie porno. W czasie demonstracji w obronie Trybunału Konstytucyjnego można było odnieść wrażenie, że to wszystko obchodzi naprawdę niewielką grupę obywateli… Czy, mówiąc kolokwialnie, nie wpadamy jako lewica w stary kanał „światłej elity” gardzącej „motłochem”?
Zablokowanie programu refundacji in vitro nie dotyczy elit – je na to stać.
I to rzeczywiście dla niego taki wielki problem?
Ale nawet jeśli „wielkomiejska inteligencja” czy klasa średnia faktycznie będą rządowi niechętne, to o wiele za mało, żeby wywrócić i rząd, i cały układ polityczny. Zwłaszcza żeby wywrócić go na lewo.
Jeśli z jakichś powodów duża część społeczeństwa rozczaruje się czy zniechęci do PiS, to ludzie ci zwrócą się raczej ku siłom na prawo od Kaczyńskiego. A przecież wielkomiejska inteligencja, choćby nie wiem jak jej PiS obrzydł, nie wygra sama wyborów za cztery lata! Musiałaby zorganizować się w sojusz z innymi grupami społecznymi. Jak takie grupy przyciągnąć?
Ale skoro lewicowo-liberalna klasa średnia też miałaby być częścią takiego sojuszu, takiego szerszego projektu cywilizacyjnego, to czy można go obudowywać językiem wrogości do elit i establishmentu?
Siły, dodajmy, na którą głosuje głównie wielkomiejska inteligencja – choć program faktycznie obliczony jest na tych, którym się gorzej powodzi.
Wyobraźnię dużej części klasy średniej przez niemal cały okres transformacji określał horyzont integracji europejskiej. W efekcie wielowymiarowego kryzysu UE elity lewicy i centrum niejako straciły dźwignię europejską – argument modernizacji, doganiania Zachodu, „europejskich standardów”, który pozwalał czasem grać powyżej swojej ligi, to znaczy forsować różne rzeczy pomimo słabego zakorzenienia społecznego.
A w Europie Wschodniej przede wszystkim afirmujemy?
Słabo to wygląda.
Źródło: KRYTYKA POLITYCZNA NR 44: KONIEC PRASY. BĘDZIECIE TĘSKNIĆ?
prof. dr hab. Andrzej Leder - polski filozof kultury. Absolwent dwóch warszawskich uczelni wyższych: Akademii Medycznej oraz UW (filozofia). Wykładowca w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Autor lub współautor publikacji, w tym również wydanych w formie książkowej, dotyczących głównie filozofii kultury oraz ogólnie filozofii i psychologii. Przez 20 lat publikował w czasopiśmie "Res Publica Nowa", ale jego teksty ukazywały się także m.in. w "Dialogu" i "Krytyce Politycznej". Członek Polskiego Towarzystwa Fenomenologicznego. Publikacje książkowe A. Ledera: "Przemiana mitów, czyli życie w epoce schyłku. Zbiór esejów" (Wydawnictwo OPEN, 1997), "Nieświadomość jako pustka" (Wyd. Instytu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, 2001), "Przemiana mitów, czyli wojna o obrazy" (Wydawnictwo OPEN, 2004), "Nauka Freuda w epoce Sein und Zeit" (Wyd. Fundacji Aletheia, 2007).
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]